Colosseum – ponadczasowy fenomen część II

Foto: Marcin Łachacz

Płyta Daughter Of Time ukazała się w listopadzie 1970 r. Wiele osób uważa ją za najsłabszą w dorobku Colosseum, jestem skłonny zgodzić się z tym poglądem. Ale odmienną ocenę zaprezentował Jacek Leśniewski – autor genialnej pracy „Brytyjski rock w latach 1961 – 1979. Przewodnik płytowy”. Uważa on Daugter Of Time za najlepszą z wydanych przez Colosseum płyt. Faktem jest, że czuje się, iż zespół dojrzał; aranżacje są jeszcze bardziej dopracowane, pojawia się wiele nowych pomysłów, jak choćby udział sekcji instrumentów dętych oraz smyczkowych, dzięki którym brzmienie staje bardziej gęste i wyrafinowane. Mnie jednak przeszkadza zbyt mała liczba pasaży instrumentalnych i solówek (tylko jeden utwór instrumentalny) oraz nieco za długie solo perkusyjne, które po prostu nie pasuje do reszty nagrań. Z drugiej strony utwór Time Lament (gdzie właśnie pojawiają się smyczki i dodatkowe dęciaki) to chyba najlepiej zaaranżowany utwór Colosseum. Ciekawostką jest to, że słyszymy w nim krótką saksofonową solówkę w wykonaniu Barbary Thomson. Jest jeszcze jeden utwór z płyty, na który chciałbym zwrócić uwagę. To Theme For An Imaginary Western. Zwracam na niego uwagę dlatego, że przez lata nie zwracałem na niego żadnej uwagi. Aż pojawiła się płyta Live 05. Ale o tym w innym miejscu…

Dwupłytowy album Colosseum Live ukazał się pod koniec 1971 roku. To jeden z najbardziej porywających albumów nagranych na żywo, w historii rocka. Zawiera tylko 6 utworów trwających po kilkanaście minut. Nie był typowym albumem live, gdzie inne zespoły zwykły zamieszczać koncertowe wersje kawałków znanych z płyt studyjnych. Tutaj mamy do czynienia albo z całkiem nowymi utworami, albo ze znanymi z innych płyt, ale inaczej zaaranżowanymi i wykonanymi, wzbogaconymi o dodatkowe solówki i improwizacje. A wszystko wzbogacone taką dawką energii i żywiołowości, że poraża słuchacza od pierwszej do ostatniej minuty. Już sam początek jest dość niezwykły, gdyż po pierwszych akordach organów słychać… sprzęgający się mikrofon. To oczywiście wpadka techniczna, ale niewątpliwie nadająca kolorytu całości. Podobnie, jak informacja Chrisa podana przed jednym z utworów, o kasetach Philipsa, które są do nabycia na parterze. Ma się to nijak do koncertu, a jednak pasuje do atmosfery, jaka tam panowała. Miałem zamiar napisać o każdym utworze przynajmniej kilka zdań, ale wymiękłem przy pierwszym (The Rope Ladder To The Moon), gdy samej solówce Dave’a na organach poświęciłem zdań kilkanaście. Dodam więc tylko, że moim ulubionym utworem z tej płyty jest Lost Angeles, trwający 17 minut i zajmujący całą stronę winyla. Słuchałem go chyba z tysiąc razy.

Reaktywacja

Sukces Colosseum na przełomie lat 60-tych i 70-tych był dla wielu osób dużym zaskoczeniem. Panowało przekonanie, że dużą sprzedaż mogą uzyskać jedynie płyty z nieskomplikowanymi, banalnymi piosenkami. Jon i jego grupa byli pod nieustanną presją menedżerów wytwórni płytowych, żeby tworzyć proste piosenki, które wydane na singlach, będą się dobrze nadawały do rozgłośni radiowych serwujących popową sieczkę dla ćwierćinteligentów. (Proszę zwrócić uwagę, że przez 40 lat nic się nie zmieniło. Tak, jak wtedy zalewa nas dziś, z radia i telewizji, muzyczna sieczka). Colosseum skutecznie opierało się tej presji. Ale, będąc grupą, która doskonale sprawdza się na żywo, poddawani byli kolejnej presji: częstych koncertów. Wyczerpujące trasy dawały się mocno we znaki, a tu trzeba było tworzyć nowe utwory i nagrywać płyty, pod okiem szefa, który miał obsesyjne dążenie do perfekcji. Niewielu by to wytrzymało. Gdy pękł Clem i postanowił przyjąć propozycję gry w Humble Pie, Jon zdecydował się na rozwiązanie grupy. Był listopad 1971 roku.

Koleje losu muzyków grupy były później różne. Z kronikarskiego obowiązku należy wspomnieć o grupie Jona o nazwie Colosseum II, jednak nie miała ona nic wspólnego z właściwym Colosseum ani pod względem muzycznym, ani ze względu na skład. Natomiast wiele wspólnego z Colosseum miała solowa płyta Dicka Heckstalla-Smitha z 1972 roku zatytułowana „A Story Ended”. Właściwie była to kolejna płyta Colosseum (!); prawie ten sam skład, ta sama stylistyka, ta sama perfekcja i ta sama żywiołowość. Płyta, której warto posłuchać.

Co zadecydowało o reaktywacji grupy? O sugestiach ze strony muzycznych promotorów już wspomniałem. Inną osobą, która namawiała Jona do wskrzeszenia Colosseum był Chris Farlowe. Niebagatelne znaczenie miał też sukces, jaki odniosły klasyczne płyty Colosseum wznowione na kompaktach na początku lat 90-tych. To uświadomiło Jonowi potencjał, jaki tkwił w legendzie zespołu. Decyzja, żeby zdyskontować ten potencjał aż się prosiła. I oto 24 czerwca 1994 roku Colosseum wystąpił w ogromnym namiocie we Freiburgu, w ramach Zelt Music Festival. Na koncert zjechali fani z całego świata. Oczekiwania były duże, a atmosfera podniosła. I zespół nie zawiódł. Dał wspaniały koncert wykonując klasyczne utwory z werwą i zaangażowaniem, jakby nie było 24-letniej przerwy. Później były kolejne koncerty udokumentowane na płytach CD i DVD „Colosseum LiveS: The Reunion Concerts 1994”. Pierwsza trasa zespołu to 60 koncertów w różnych miejscach, w tym w wypełnionej po brzegi Operze Leśnej w Sopocie, 14 sierpnia 1995 roku.

Jon wiedział zapewne, że wskrzeszenie zespołu nie może oznaczać jedynie dyskontowania legendy. Powinny się pojawić nowe płyty z premierowym materiałem. I takie płyty się pojawiły. Pierwsza z nich – Bread & Circuses została wydana w 1997 roku. Zawierała… zbiór piosenek. Jeśli tylko tyle można powiedzieć o nowej płycie Colosseum, to nie jest dobrze. Na szczęście honor uratowała płyta Tomorrow’s Blues z 2003 roku. To już Colosseum pełną gębą! Zaraz na wstępie mamy najlepszy utwór płyty; tytułowy Tomorrow’s Blues. Świetna, dobrze zaaranżowana kompozycja, znakomicie zaśpiewana przez Crisa, z gitarową solówką Clema w środku i świetną saksofonową solówką Dicka, wieńczącą utwór. Kolejny utwór z płyty; Come Right Back, to znów udana kompozycja nagrana z sekcją instrumentów dętych. Na uwagę zasługują jeszcze bluesowy In The Heat Of The Night ze wspaniałą grą Clema na gitarze i Dave’a na organach oraz Arena In The Sun, z przepiękną solówką Dave’a na fortepianie. Wart podkreślenia jest też fakt, że płyta jest doskonale zrealizowana dźwiękowo. Miks jest bardzo dobry, brzmienie jest soczyste i klarowne, dynamika poprawna. W dzisiejszych czasach to rzadkość, gdyż płyty są na ogół miksowane pod potrzeby rozgłośni radiowych; nagrania są skompresowane, dynamiki brak, a poszczególne instrumenty (jeśli w ogóle jakieś są, bo czasami to tylko podkład z komputera plus zawodzenie szansonistki) zlewają się w jedną magmę. Tutaj jest naprawdę dobrze, pewnie perfekcjonizm Jona sięgnął także do procesu produkcyjnego.

W najnowszej historii zespołu nie obyło się bez dramatów. W roku 2004 zmarł Dick Heckstall-Smith. Dick – geniusz saksofonów, grający na koncertach na dwóch saksofonach na raz, miał ogromne wyczucie improwizatorskie. Jego gra była drapieżna i agresywna. Przyciągał uwagę i miał niebagatelny wpływ na brzmienie grupy. Wydawał się niezastąpiony. A jednak życie przyniosło miłą niespodziankę. Skład grupy zasiliła Barbara Thompson. Dzięki bogu nie zrobiła błędu, jaki jej groził; nie starała się naśladować Dicka. Zagrała po swojemu. I cóż się okazało? Spowodowała, że nagrania zespołu wzniosły się na jeszcze wyższy poziom! Jest wspaniała! Gra z polotem i wyczuciem, jej solówki są przyjemnie łagodne i melodyjne, ale kiedy trzeba zadziorne i mocne. Jednym słowem porywające! W nowym składzie nagrany został dwupłytowy album koncertowy zawierający zarówno klasyki, jak i utwory z Tomorrow’s Blues. Ale są to utwory na nowo zaaranżowane i zagrane zgoła inaczej niż przed laty. Jeśli wziąć pod uwagę, że w międzyczasie warsztat muzyków stał się jeszcze lepszy, to już mamy przepis na arcydzieło. W istocie płyta jest arcydziełem.

Dla poparcia tej tezy posłużę się przykładem Valentyne Suite. Zaczyna się klasycznie, motywem prowadzonym przez organy wspomagane przez saksofon. Jednakże inaczej prowadzona linia basu zwiastuje niespodzianki. Duet fortepianu i saksofonu wypada rewelacyjnie, głównie za sprawą niezawodnej Barbary, która  następnie pokazuje swoje możliwości w pięknej, stonowanej solówce, po której następuje dynamiczna solówka Dave’a na organach. Druga część zaczyna się słodko i melancholijnie. Wokaliza Marka to majstersztyk, a później kolejna solówka saksofonowa. W jej trakcie zespół przyspiesza, a efektowny akcent perkusyjny kończący drugą część, robi jeszcze większe wrażenie  niż na studyjnej płycie. W części trzeciej znów uspokojenie i leniwy riff gitary kontynuowany przez organy. Jeszcze tylko dynamiczne wejście perkusji, po niej  krótka solówka gitary basowej i zaczyna się jeden z najpiękniejszych momentów płyty: solówka Clema na gitarze. Początkowo powolna, grana oszczędnymi akordami, rozwija się w szybką i dynamiczną z rozciągniętymi, santanowskimi dźwiękami. Sekcja rytmiczna szaleje, a Clem wpada w trans produkując dźwięki, jak serie z karabinu maszynowego. Wreszcie motyw kończący. Genialne! Na szczególną uwagę zasługuje też kompozycja Jacka Buce’a, znana z płyty „Daughter of Time”, a mianowicie Theme for an Imaginary Western. Nieoczekiwanie dla mnie samego, utwór ten stał się moim ulubionym. Cóż się zmieniło w porównaniu z wersją pierwotną? Utwór został nieco inaczej zaaranżowany i rozbudowany poprzez dodanie solówek na gitarze i saksofonie. Pojawia się także drugi wokalista, Mark, który śpiewa refren zawodzącym głosem i niemal na inną melodię. Ale przede wszystkim na kolana rzuca perfekcja wykonawcza i współbrzmienie instrumentów. To naprawdę porywające wykonanie!

Koncert w Dolinie Charlotty

Foto: Marcin Łachacz

13 sierpnia 2011 roku w Dolinie Charlotty, miałem okazję zweryfikować opinię, że zespół Colosseum jest jednym z tych, które najlepiej wypadają na żywo. To, co usłyszałem i zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Od pierwszej minuty zespół porwał 5-tysięczną widownię i w jakiejś nieziemskiej ekstazie przeprowadził przez swoje najwspanialsze utwory. Dave Greenslade na organach w preludium do „Lost Angeles”, Clem Clempson w błyskotliwej gitarowej solówce w „Valentyne Suite”, Barbara Thompson na saksofonie w „Tomorrow’s Blues”, Mark Clarke w energetycznym solo gitary basowej w „Valentyne Suite” oraz wokalista Chris Farlowe improwizujący w „Lost Angeles” o chęci ucieczki do Polski ze zrujnowanego miasta na rozpalonej pustyni… No i Jon Hiseman. Kiedy w całkowitej ciemności rozpoczął swoją solówkę – ciarki przechodziły po plecach. To było arcydzieło! Warsztat, technika i szybkość na najwyższym poziomie, ale do tego jakaś magia, coś, co spowodowało, że słuchacze oderwali się od rzeczywistości i odpłynęli… A na deser Lost Angeles. Najbardziej rozimprowizowany ze wszystkich prezentowanych utworów. Każdy z muzyków miał tu swój popisowy numer solowy i każdy wypadł doskonale. Muzycy emanowali wprost radością grania, a porywające dialogi gitary Clema i gitary basowej Marka budziły niekłamany zachwyt publiczności. Zaś godnym zwieńczeniem tego niezwykłego wydarzenia była bez wątpienia ekstatyczna, gitarowa solówka Clema. Zachwyt publiczności był bezgraniczny.

W Dolinie Charlotty, miałem okazję rozmawiać z muzykami Colosseum. Okazali się miłymi i bezpośrednimi ludźmi. Napiszę o tym w jednym z kolejnych wpisów.

2 komentarze

    • Jan Adamski 09/09/2015

Zostaw komentarz