Colosseum – ponadczasowy fenomen część I

Foto: Marcin Łachacz

Chyba żaden inny zespół w bogatej historii rocka nie zasługuje tak bardzo na miano kultowego, jak Colosseum. Zespół, który istniał raptem trzy lata i pozostawił po sobie zaledwie cztery płyty – miałby być najbardziej kultowym w historii rocka? A jednak! Dlaczego tak się dzieje próbuję wyjaśnić w dwóch kolejnych wpisach. Jak również próbuję odpowiedzieć na pytania, dlaczego jest kłopot z liczeniem płyt wydanych przez Colosseum, oraz co tak naprawdę złożyło się na ten intrygujący, niezwykły i niepowtarzalny fenomen.

Geneza

WOODSTOCK 1969

Żyjąc za żelazną kurtyną, nie bardzo zdawaliśmy sobie sprawę z atmosfery intelektualnego fermentu, jaka panowała w młodzieżowych środowiskach USA i Europy Zachodniej na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Ten ferment, odwołujący się do filozofii Marcouse’a (słynne hasło: 3xM – Marx, Mao, Marcuse), zrodził studencką rewoltę 1968 roku (nie mylić z polskimi wydarzeniami w roku 1968, które miały zgoła inne podłoże), ruchy hippisów i ludzi kwiatów, a także najbardziej wyrafinowane odłamy muzyki rockowej, czyli psychodelię i progrock. Colosseum, którego muzykę można określić, jako mieszankę bluesa, jazzu i progrocka, doskonale wstrzelił się w atmosferę tamtych dni. Twórcy i liderowi grupy, Jonowi Hisemanowi, udało się zgromadzić niezwykle utalentowanych muzyków, którzy znacznie wyrastali ponad swój czas. Ich muzyka była efektem wspólnych pomysłów, a także morderczej pracy. Jon był bardzo wymagającym i wiecznie niezadowolonym szefem, stąd częste zmiany w składzie zespołu; mniej zdolni, albo mniej pracowici po prostu odpadali. W końcu ukształtował się skład, który był perfekcyjny pod każdym względem. Nic dziwnego, że stworzył płytę, która powszechnie jest uznawana za najdoskonalszą płytę live, w historii rocka. Moim zdaniem jest jednak płyta jeszcze lepsza od „Colosseum live” z 1971 roku. Tą płytą jest… „Colosseum live 05” z roku 2007. Ale po kolei…

Historia

W roku 1968 Jon Hiseman miał 24 lata, ale był już cenionym perkusistą, mającym za sobą pracę w takich grupach jak Mike Taylor Trio, The Bluesbreakers i przede wszystkim The Graham Bond Organisation. Jon od pewnego czasu nosił się z zamiarem powołania grupy, która bazując na rocku, będzie prezentować ambitną, wyrafinowaną muzykę łączącą w sobie elementy bluesa, jazzu i rocka. Zakładał, że grać w niej będą muzycy perfekcyjnie posługujący się instrumentami, zakładał staranne kompozycje i bogate, dopracowane aranżacje, ale z dużą dozą improwizacji. Dziś, może się to wydawać normalne. Ale w 1968 roku było niespotykane! Wprost niewykonalne! A jednak Jonowi się udało. Ostateczna decyzja zapadła w czasie romantycznej podróży do Rzymu, którą Jon odbywał ze swoją piękną żoną – Barbarą Thomson. No a skoro Rzym, to nazwa Colosseum, aż się prosiła! No i stało się!

W pierwszym składzie Colosseum, który rozpoczął próby latem 1968 roku zagrali: Jon Hiseman (perkusja), Dave Greenslade (organy, wibrafon), Tony Reeves (gitara basowa), James Litherland (gitara, śpiew), Dick Heckstall-Smith (saksofony). Ale skład był niestabilny z powodów, o których już pisałem. Bywało tak, że zespół rozpoczynał nagrywanie płyty w jakimś składzie, a kończył w nieco innym. Sytuacja ustabilizowała się, gdy Jon pozyskał kolejnych muzycznych geniuszy: Clema Clempsona (właściwe imię: Dave) grającego na gitarze, Marka Clarka na gitarze basowej oraz śpiewającego Chrisa Farlowa. To właśnie ten skład (Hiseman, Greenslade, Heckstall-Smith, Clempson, Clark, Farlowe) firmował płyty „Daugter Of Time” oraz najdoskonalsze dzieło zespołu; płytę „Colosseum Live”. Za ironię losu można uznać fakt, że gdy płyta „Live” się ukazała, w listopadzie 1971 roku, zespół już nie istniał. Rozwiązanie zespołu było ciosem dla licznych fanów, ale było też ważnym elementem budowania legendy Colosseum. I legenda trwała, a kult rósł. W latach 90-tych Jon coraz częściej spotykał się z sugestiami muzycznych promotorów i szefów wytwórni płytowych, aby reaktywować zespół. Szczególnie silne sugestie płynęły z rynku niemieckiego, gdzie Colosseum miał wyjątkowo wielu fanów. I wreszcie przyszedł rok 1994, gdy stała się rzecz niebywała. Nie dość, że Colosseum został reaktywowany, to jeszcze w składzie z płyty „Live”. Fani oszaleli!

Muzyka

Pierwsza płyta zespołu ukazała się w marcu 1969 roku i nosiła dość skomplikowany tytuł: Those Who Are About To Die Salute You – Morituri te salutant. A były to słowa, jakimi gladiatorzy w starożytnym Rzymie pozdrawiali cezara (idący na śmierć pozdrawiają cię) tyle, że w dwóch wersjach językowych angielskiej i łacińskiej. Jak napisał Wiesław Weiss w swojej Wielkiej rock – encyklopedii, płyta była „zuchwale eklektyczna, nowatorska, skrząca się od pomysłów, niezwykła i trudna w odbiorze”. Aż tak? A jeśli tak, to dlaczego odniosła tak duży sukces komercyjny? Przecież wiadomo nie od dziś, że coś, co spodoba się milionom musi być miałkie proste i sztampowe, żeby nie powiedzieć kiczowate. I w zasadzie to prawda, ale jak wcześniej wspomniałem przełom lat 60-tych i 70-tych był czasem niezwykłym. Wtedy w dobrym tonie było czytanie dzieł filozofów i słuchanie trudnej, wymagającej muzyki.

A wracając do opinii Wiesława Weissa: spróbuję ją przeanalizować.

Płyta była zuchwale eklektyczna, gdyż łączyła w niespotykany wówczas sposób elementy rocka, jazzu i muzyki klasycznej. Jak choćby w fenomenalnym, instrumentalnym utworze Beware The Ides Of March opartym na tym samym motywie zaczerpniętym z Bacha, na którym bazowali muzycy Procol Harum tworząc słynny A Whiter Shade Of Pale. Utwór otwiera przepiękny, leniwy motyw grany na saksofonie. Motyw przejmują organy Hammonda pozwalając sobie na nieco więcej swobody. Aż do czasu, gdy nieoczekiwanie włącza się klawesyn. Okazuje się to wstępem do dynamicznej solówki na gitarze, która nabiera tempa poganiana przez sekcję rytmiczną. Następuje kulminacja, a dalej rozładowanie, w postaci pierwotnego motywu na saksofonie, tym razem jednak w wersji nie leniwej, lecz zadziornej.

Płyta była nowatorska, gdyż nikt wcześniej nie stworzył dzieła, tak harmonijnie łączącego rockową werwę z jazzowym wyrafinowaniem i wirtuozerią wykonawczą. Jak choćby w instrumentalnym utworze Those About To Die, charakteryzującym się fantastyczną rytmiką i dynamiką. Zaczyna się ostrym i szybkim motywem granym przez cały zespół. Następnie pałeczkę przejmuje gitara, grając solówkę na tle pędzącej sekcji rytmicznej. Trochę uspokojenia wnosi solówka na saksofonie, ale tylko po to, żeby jeszcze efektowniej wypadł kolejny dynamiczny fajerwerk; tym razem z wiodącą rolą organów. W końcówce wraca saksofon, który improwizuje w klimacie psychodelicznym. Precyzja, doskonały warsztat i swoboda: genialny utwór!

Płyta była niezwykła i skrząca się od pomysłów, gdyż każdy z utworów był arcydziełem samym w sobie. Jak choćby Backwater Blues, który brzmi, jak… klasyczny blues. Zaśpiewany przez Jamesa Litherlanda z ogromnym wyczuciem i kulturą, urozmaicony solówkami na gitarze i skasofonie (Dick znakomicie wczuwa się w klimat, grając na tle powolnej sekcji rytmicznej), jest perełką, która mogła zawstydzić ówczesnych tuzów brytyjskiego bluesa, jak choćby John Mayall.

No i wreszcie trudna w odbiorze… Nie da się zaprzeczyć, że nie był to pop. Ale utwory były tak porywające, tak perfekcyjnie zaaranżowane, tak subtelne i tak pełne energii, że po prostu nie mogły się nie podobać. Więc może z tą trudnością w odbiorze pan Weiss trochę przesadził?

Pierwsza płyta Colosseum odniosła sukces w Wielkiej Brytanii i na kontynencie, ale odniosła też znaczący sukces za oceanem. Tyle, że była to trochę inna płyta… Pierwsza płyta Colosseum wydana w USA miała nieco inną, choć utrzymaną w tym samym stylu, okładkę, nieco inny tytuł (zrezygnowano z łacińskiego Morituri… pozostając przy wersji angielskiej) i inny zestaw utworów. Była to więc ta sama płyta, czy nie? No właśnie na tym polega kłopot w liczeniu płyt zespołu, o czym wspomniałem na wstępie. Bo wprawdzie zestaw utworów był inny niż w wydaniu angielskim, ale część tych „nowych” utworów znalazła się później na drugiej płycie angielskiej. Której, z kolei, odpowiednik amerykański miał jeszcze inny zestaw utworów i całkiem inny tytuł, ale za to identyczną okładkę, jak wersja angielska. Prawda, że skomplikowane? Więc zostawmy te rozważania i skupmy się na muzyce.

Valentyne Suite ukazała się w listopadzie 1969 roku w bardzo pięknej, rozkładanej okładce. Od razu przyznam się, że to moja ulubiona płyta Colosseum. Towarzyszy mi od roku 1971 i zawsze wracam do niej z największą przyjemnością. Uwielbiam jej słuchać w wersji winylowej (czy znacie to cudowne uczucie ostrożnego wyjmowania płyty z koperty, przecierania ściereczką nasączoną antystatycznym płynem i kładzenia na obracającym się talerzu gramofonu?), ale nie gardzę też kompaktem słuchanym np. w samochodzie. W tej płycie jest jakaś magia, jakaś siła, która nie pozwala się od niej oderwać. Jak w filmach według recepty Hitchocka, zaczyna się od trzęsienia ziemi, po czym napięcie nieustannie rośnie. Trzęsieniem ziemi jest utwór The Kettle – hardrockowy kawałek, porażający brawurową sekcją rytmiczną, na której tle rozwija się gitarowy riff. (Gdyby znalazł się na płycie Led Zeppelin, stałby się światowym hitem). Napięcie wzrasta przy jazzującym utworze Elegy, nagranym z udziałem kwartetu smyczkowego, nostalgicznym bluesie Butty’s Blues i klasycznie rockowym The Machine Demands A Sacrifice, by osiągnąć apogeum przy suicie Valentyne Suite, która zajmuje całą drugą stronę winyla. To prawdziwy majstersztyk, największe dokonanie artystyczne Colosseum. Składa się z trzech części, które powstały w różnych okresach i wyszły spod kompozytorskiej ręki różnych osób. A jednak stanowi spójną i logiczną całość, opwiadającą o pierwszych miłosnych uniesieniach i pierwszych rozczarowaniach. (zagadkowo brzmiący tytuł trzeciej części; „The Grass is always greener…” jest po prostu częścią znanego przysłowia: trawa jest zawsze bardziej zielona z drugiego brzegu, i wyraża rozczarowanie). Utwór jest perfekcyjnie zaaranżowany; każdy instrument jest dokładnie na swoim miejscu, panuje ład i porządek, a jednak jest także miejsce na improwizacje hammondów, saksofonu i gitary. Zaczyna się cudownym motywem na organach, z którymi dialog podejmuje wibrafon. Kolejna partia to porywający duet saksofonu i fortepianu (tak, tak, to żaden elektroniczny imitator, ale najprawdziwszy fortepian). Następnie szybki riff na gitarze basowej wprowadza energetyczne solo na organach, które kończy część pierwszą. Część druga zaczyna się patetycznie; po kilu akordach organowych wchodzi wokaliza śpiewana na kilka głosów. Na jej tle rozwija się spokojna, saksofonowa solówka, która następnie staje się bardziej drapieżna, żeby nie powiedzieć agresywna. Jak to u Dicka… Mocne akcenty perkusyjne kończą część drugą. W części trzeciej do głosu dochodzi gitara. Początkowy nastrój melancholii, który buduje wspólnie z saksofonem i organami, pryska, gdy zaczyna grać coraz agresywniej, a sekcja rytmiczna podaje coraz szybsze tempo. I tak aż do kulminacji, po której powtórzony wiodący motyw, kończy utwór.

Zostaw komentarz