Caravan – moja miłość

Caravan dziś. Foto: getreadytorock.me.uk

Zawsze kochałem muzykę tworzoną przez Caravan. Na początku lat 70-tych ubiegłego wieku zespół był rewelacją i objawieniem. Nikt inny nie potrafił, w tak harmonijny sposób, połączyć ze sobą elementów rocka, jazzu, muzyki klasycznej i popowej piosenki. Jego muzyka była wysmakowana i dopracowana w każdym calu, skrzyła się od wspaniałych solówek i zwariowanych improwizacji, była napisana, zaaranżowana i wykonana z polotem i fantazją. Ale przede wszystkim, była to muzyka piękna. W owym czasie Caravan nie miał sobie równych na światowej scenie muzycznej. A jednak nie zdobył takiej popularności, jak choćby King Crimson, Yes czy Emerson Lake & Palmer. Do dziś tego nie rozumiem i uważam to za dziejową niesprawiedliwość. Jeśli ktoś zna muzykę Caravan, to na pewno się ze mną zgodzi. Jeśli nie zna – to powinien jak najszybciej nadrobić zaległości i sięgnąć po płyty.

Caravan a.d. 1972.

Caravan powstał na początku 1968 roku w Canterbury, w hrabstwie Kent. Nikt zapewne nie wie, dlaczego to prowincjonalne miasto (prowincjonalne na skalę brytyjską) stało się kolebką wielu znakomitych zespołów, które na trwałe zapisały się w historii brytyjskiego rocka. Wystarczy przypomnieć takie nazwy, jak Soft Machine, Gong, Egg, Hatfield & the North, Matching Mole. Siła oddziaływania zespołów z Canterbury była tak duże, że wymyślono termin: „brzmienie canterbury”, dla określenia specyficznego stylu, jaki reprezentowały.

Caravan 1971. Fotografia zdobi wewnętrzną kopertę kolekcjonerskiego wydania albumu „In The Land Of Grey And Pink” wytłoczonego z okazji 40-lecia pierwszego wydania. Album (dwie płyty winylowe) wydano w nakładzie 500 numerowanych egzemplarzy. Mój egzemplarz ma numer 181.

Najlepszy okres w historii Caravan to lata 1970 – 1974, kiedy to ukazały się najwspanialsze płyty, które omawiam w dalszej części. Co ciekawe Caravan nigdy nie zaprzestał działalności. Jest aktywny do dziś. W 2013 roku wydał kolejną płytę z premierowym materiałem: „Paradise Filter”. Na przestrzeni 46 lat istnienia, skład zespołu ulegał oczywiście zmianom. Trzon stanowili zawsze: Pye Hastings (gitara, śpiew, kompozytor większości utworów i autor tekstów) i Richard Coughlan (perkusja). Od 1973 roku (do dziś) członkiem grupy jest Geoffrey Richardson (altówka). Skład uzupełniają: klawiszowiec Jan Schelhaas i gitarzysta basowy Jim Leverton. W roku 2010, ze względu na chorobę, z grą w zespole musiał pożegnać się Richard Coughlan (zmarł w roku 2013). Zastąpił go Mark Walker – muzyk o pokolenie młodszy od pozostałych członków grupy. Warto wymienić jeszcze dwóch innych muzyków: Jimmiego Hastingsa i Douga Boyla, którzy odegrali niebagatelną rolę w tworzeniu brzmienia Caravan. Jimmy Hastings (saksofon, flet, klarnet) nigdy nie był formalnym członkiem grupy, ale uczestniczył w nagraniu niemal wszystkich płyt Caravan. Doug Boyle (gitara) był członkiem Caravan w latach 1996 – 2007. Udział Douga zmienił brzmienie zespołu w sposób dość zasadniczy. Bowiem Pye Hastings, który gra na gitarze, traktuje instrument w sposób rytmiczny, natomiast Doug Boyle jest mistrzem solówek. Tak więc lata 1996 – 2007, to drugi złoty czas w dziejach zespołu. I w tym właśnie okresie, w roku 2005  zespół gościł w Polsce. Jedyny koncert dał w Warszawie; było to naprawdę wielkie wydarzenie muzyczne.

Okładka płyty Caravan z roku 2003. W takim składzie zespół wystąpił w Warszawie. Od lewej (nie licząc pani z rybą): Richard Coughlan, Pye Hastings, Geoffrey Richardson, Doug Boyle, Jim Leverton, Jan Schelhaas. Foto: progarchives.com

Miałem okazję gościć zespół u siebie w domu. Miałem też drobny wkład w sam koncert. Mianowicie w utworze Hello Hello, Geoffrey Richardson wykonywał „solówkę” na… nożycach do strzyżenia żywopłotu. Nożyce te wypożyczył ode mnie. Mam je do dzisiaj i służą mi do… strzyżenia żywopłotu.

Próba nożyc przed koncertem. Foto: janadamski.eu

Humory dopisują. Stoją od lewej: Jim Leverton i Pye Hastings. W środku od lewej: Richard Coughlan, Doug Boyle, Jan, Geoffrey Richardson, Jan Schelhaas. U dołu: Małgorzata. Foto: janadamski.eu

Doug Boyle i Geoffrey Richardson. Foto: janadamski.eu

Foto: getreadytorock.me.uk

 

Najciekawsze płyty

„If I Could Do It All Over Again I’d Do It All Over You” (1970)

Jest to druga w kolejności płyta zespołu, po albumie zatytułowanym po prostu „Caravan”, który ukazał się w roku 1968. O ile pierwsza płyta była poszukiwaniem własnego stylu, o tyle „If I Could…” to już dzieło naprawdę wybitne. Doskonale współgrające ze sobą kompozycje urzekają wyrafinowaną , dopracowaną i wielowątkową formą. Klimat płyty pełen jest zadumy i melancholii, choć nie brak elementów wręcz hardrockowych. Na szczególną uwagę zasługuje utwór występujący na płycie, jako kilkuczęściowy cykl, czy też suita: „Can’t Be Long Now / Francoise / For Richard / Warlock” (w późniejszym okresie nazywany skrótowo „For Richard”). To dzieło z pogranicza jazzu i rocka, w większej części instrumentalne, z doskonałymi solówkami na organach, flecie i saksofonie. Doskonała konstrukcja i przemyślana aranżacja. Zachwyca także „And I Wish I Were Stoned / Don’t Worry” z organami, jako głównym instrumentem solowym, a także melodyjne piosenki utrzymane w duchu niemal popowym: „Hello, Hello” oraz tytułowa.

a

„In the Land Of Grey And Pink” (1971)

Okładka albumu nawiązuje do Tolkiena i takiż klimat odnajdziemy w pełnych wdzięku kompozycjach. Płyta uważana jest za najlepszą w dorobku Caravan i rzeczywiście nie ma słabych punktów. Dynamiczne „Golf Girl” z solówkami na puzonie i flecie piccolo, balladowe „Winter Wine” z akustycznym początkiem i jazzowymi klawiszami, szybkie „Love To Love You” z solówką na flecie i popowe „In The Land Of Grey And Pink” z solówkami na fortepianie i gitarze, składają się na pierwszą stronę winyla. Ale najważniejsza jest strona druga: 23-minutowa suita „Nine Feet Underground” zagrana z jazzowym polotem i rockową werwą, bardzo dobrze przemyślana (bez dłużyzn)  i starannie zaaranżowana, a jednak pozostawiająca miejsce na improwizacje, jest sztandarowym przykładem stylu Caravan. Doskonała gra Davida Sinclaira na klawiszach i Jimmiego Hastingsa na saksofonie.

 

„Waterloo Lily” (1972)

To najbardziej niedoceniana płyta Caravan! Oczekiwania po płycie „In The Land…” były ogromne i powszechnie twierdzono, że „Waterloo Lilly” ich nie spełniła. Ale czy na pewno? Zmieniło się niewątpliwie brzmienie, wskutek odejścia Davida Sinclaira i zastąpienia go przez Steva Millera, który nasycił muzykę jeszcze większą dawką jazzu. Największe wrażenie robi suita „The Love in Your Eye / To Catch Me a Brother / Debouchement / Tilbury Kecks” (później występująca pod skróconym tytułem: „The Love in Your Eye”), której pierwsza część została nagrana z udziałem orkiestry symfonicznej. Znów bardzo przemyślana i znakomicie poukładana aranżacja. W części „To Catch Me a Brother” znakomita, żywiołowa solówka na flecie, w części „Debouchement” popis Steva Millera na klawiszach. „The Love in Your Eye” to, być może, najlepszy utwór w całym dorobku Caravan. Album „Waterloo Lilly” to, wbrew obiegowym opiniom, płyta naprawdę świetna, a jedyny zarzut, jaki można jej postawić to brak specyficznego klimatu dwóch poprzednich.

a

„For Girls Who Grow Plump In The Night” (1973)

Kolejne arcydzieło! Płyta z lekkim odchyleniem w kierunku funky i hardrocka. Zaczyna się porywającą kompozycją „Memory Lain, Hugh” z udziałem 8-osobowej sekcji instrumentów dętych, kończy 10-minutową, instrumentalną suitą „L’auberge du Sanglier / A Hunting We Shall Go / Pengola / A Hunting We Shall Go (reprise)”. Ten niezwykły utwór po prostu roi się od muzycznych pomysłów. Dwie ostatnie części nagrano z udziałem, potężnie brzmiącej, orkiestry symfonicznej. Do tego syntezatory, które w owym czasie były techniczną nowinką. A pomiędzy porywającym początkiem i wspaniałym zakończeniem, m.in. „Be All Right / Chance Of a Lifetime”, któremu użycie elektrycznej wiolonczeli nadało demonicznej drapieżności. Na tym tle solówka na gitarze brzmi po prostu cudownie! Dynamiczna pierwsza cześć przechodzi w rzewną „Chance Of a Lifetime” z gitarą akustyczną i solówką na altówce.

 

„Caravan & The New Symphonia” (1974)

Jedno z najbardziej udanych połączeń jazz-rocka z muzyką orkiestrową, nagrane na żywo. Płyta zaczyna się od 6-minutowego preludium, granego przez orkiestrę. Perfekcyjne wykonanie „The Lowe In Your Eye” po prostu rzuca na kolana. Równie atrakcyjnie brzmi „For Richard”; tym razem z altówką, jako instrumentem solowym, co w zestawieniu ze smyczkami orkiestry, daje piorunujący efekt. Nieźle wypada też utwór „Mirror For The Day” z udziałem grupy wokalnej w stylu gospel.

Zostaw komentarz