Nasze drogie górnictwo

Foto: akcjonariatobywatelski.pl

Pamiętam, jak uczono mnie w szkole: węgiel to nasze czarne złoto! Pamiętam propagandę sukcesu z epoki Gierka: węgiel to koło napędowe polskiej gospodarki, a górnicy to elita klasy robotniczej. Pamiętam dyskusje o prywatyzacji na początku naszych przemian ustrojowych, 25 lat temu: należy prywatyzować nieefektywne państwowe przedsiębiorstwa, z wyjątkiem kopalń węgla kamiennego, bo to nasz najcenniejszy skarb i musi pozostać w rękach państwa. Wszystko to pamiętam, gdy czytam w artykule umieszczonym 20 sierpnia na portalu wnp.pl, że w pierwszym półroczu 2014 roku, polskie górnictwo poniosło straty na sprzedaży węgla, w wysokości ponad miliard złotych.

Jest tajemnicą poliszynela, że polskim górnictwem rządzą związki zawodowe. Gdy w latach 2005 – 2011 była dobra koniunktura na światowym rynku węgla, wokół górnictwa panowała cisza. Płace w górnictwie rosły w tempie, które satysfakcjonowało związki zawodowe. Dodatkowo, do licznych już istniejących, dodawano nowe przywileje pozapłacowe. Słynne „ołówkowe” jest chyba ewenementem na skalę światową. To oczywiście powodowało wzrost kosztów, ale w czasach koniunktury, nikt nie zawracał sobie tym głowy. Aż przyszła dekoniunktura i ceny węgla zaczęły spadać, a kopalnie przynosić straty. Oburzyło to związkowców, którzy w stanowczym tonie zażądali od rządu wprowadzenia planu ratowania polskich kopalń. Na co rząd… podjął wyzwanie. Premier kilkukrotnie spotykał się ze związkowcami obiecując rozwiązanie problemu. Możliwości jest kilka: obniżenie kosztów, w tym kosztów osobowych (brak zgody związków), ograniczenie przywilejów pracowników i emerytów (brak zgody związków), zamykanie kopalń przynoszących największe straty (brak zgody związków), prywatyzacja (brak zgody związków), pomoc publiczna (związki się zgadzają, ale jest problem z Komisją Europejską). Póki co rząd zaangażował się w eliminowanie z rynku firm prywatnych, które oferują konsumentom tani, importowany węgiel. Po nasłaniu służb specjalnych na największą z nich, praktycznie zaprzestała ona działalności. Związkowcy są zadowoleni, ale to kropla w morzu potrzeb.

Kilkanaście lat temu wymieniano jednym tchem dwie branże polskiego przemysłu, które miały podobne problemy i były kulami u nogi dla gospodarki: górnictwo i hutnictwo. Przedsiębiorstwa tych branż miały ogromny przerost zatrudnienia, w większości przynosiły straty i miały bardzo silne związki zawodowe, które blokowały próby jakichkolwiek reform. Jedną z tych branż (hutnictwo) udało się sprywatyzować. Do budżetu wpłynęły niemałe pieniądze, a nowi właściciele przeprowadzili restrukturyzację i poczynili niezbędne inwestycje, co zaowocowało poprawą rentowności. Huty prosperują, płacą podatki i dają zatrudnienie. I nie zaprzątają uwagi rządu, mediów ani obywateli. Dawna Huta Warszawa już trzykrotnie zmieniła właściciela. Ale kogo to obchodzi, skoro ludzie mają pracę a gmina i budżet wpływy podatkowe. Jest po prostu normalnie. Mogło tak być również z górnictwem, ale nie było odważnego do podjęcia decyzji. Przez jakiś czas był spokój, ze względu na wyjątkową koniunkturę na węgiel. Spokój się skończył i teraz będzie już tylko gorzej. Zapłacą za to, jak zwykle, wszyscy podatnicy. Optymiści mogą liczyć, że pojawi się jakaś Iron Lady i zrobi porządek. Pesymiści mogą co najwyżej liczyć ile sami dopłacą do tego interesu, a także ile dopłacą ich dzieci, wnuki i prawnuki.

4 komentarze

  1. Emeryt 22/08/2014
    • Jan Adamski 22/08/2014
  2. Emer 22/08/2014
  3. Piotr 23/08/2014

Zostaw komentarz