Czy wprowadzać w Polsce euro?

Foto: fontsinuse.com

Pytanie postawione w tytule jest retoryczne, bowiem Polska zobowiązała się do wprowadzenia euro, w traktacie akcesyjnym, więc chce, czy nie chce, musi to zrobić. Ale z drugiej strony, nie ma określonego terminu, w którym miałaby to zrobić. Więc tak naprawdę może tego nie robić przez wiele dziesiątków lat jeśli miałoby to być niekorzystne, lub postarać się w wejść do strefy euro w kilka lat, jeśli byłoby to z korzyścią dla Polaków.

W dyskusji, jaka przetacza się przez fachowe media, wymienia się argumenty za i przeciw wprowadzeniu w Polsce euro. Część z nich jest nic nie warta, będąc jedynie czystą propagandą. Np. zwolennicy euro podkreślają, że jest to bardzo korzystne dla przedsiębiorstw, bowiem eliminuje ryzyko kursowe. Jest to argument niezwykle bałamutny, bowiem owszem ryzyko kursowe istnieje, ale tych którzy na nim tracą jest mniej więcej tyle samo, co tych, którzy na nim zyskują. Jeśli np. złotówka się osłabia, to tracą na tym eksporterzy, ale zyskują importerzy – i odwrotnie. W skali całej gospodarki kompensuje się to niemal do zera, więc podnoszony często przez zwolenników euro, argument eliminacji ryzyk kursowych, nie jest wart funta kłaków.

Jeśli się głębiej zastanowić, to jest jeden silny argument za i jeden przeciw wprowadzaniu w Polsce euro.

Argument za, to niższe oprocentowanie kredytu zaciąganego przez rząd. Odsetki od rządowych obligacji i bonów skarbowych, to poważna pozycja w budżecie. Ich obniżenie o 1 – 2 punkty procentowe daje gigantyczne kwoty, które z pozycji „obsługa zadłużenia” mogą być przesunięte np. do pozycji „zasiłki dla samotnych matek”. Więc jest oczywiste, że każdy rząd będzie popierał wprowadzenie euro, bo dzięki temu będzie miał więcej pieniędzy na przekupywanie wyborców. Ale cała ta korzyść przestałaby być korzyścią, gdyby rząd nie zadłużał państwa. A nie powinien! Zadłużanie państwa jest wysoce niemoralne, bowiem przerzuca koszty bieżącej konsumpcji na następne pokolenia. Ale wszystkie rządy chętnie się zadłużają, bo to przedłuża ich trwanie przy władzy. Doszło do sytuacji, że zadłużenie niektórych państw przekracza ich PKB dwu- a nawet trzykrotnie (patrz: Straszak deflacji). Ale jest jedno państwo, którego rząd odkrył, że zadłużanie się to droga do nikąd. Tym państwem są Niemcy! Niemcy, którzy płacą najniższe na świecie odsetki od zaciąganych pożyczek (zdarzało się już że te odsetki były ujemne) przestają się zadłużać! Więc gdyby rząd Polski poszedł tą samą drogą (a powinien!), to główny argument za przystąpieniem do strefy euro – przestaje istnieć.

Argument przeciw, to fakt, że własna waluta jest buforem, który pozwala wyjść stosunkowo łatwo z ewentualnego kryzysu, poprzez dewaluację. Na czym to polega pisałem tutaj, na przykładzie Grecji (punkt 2). Takiej możliwości nie ma w przypadku wspólnej waluty. W zamian tego jest możliwość wsparcia ze strony banku centralnego – emitenta wspólnej waluty, ale to akurat mamy dokładnie przećwiczone przy okazji kryzysu w Grecji, Portugalii i Hiszpanii i niech nas ręka boska broni przed takim wsparciem.

Więc w sytuacji, gdy argument za – upada, a argument przeciw trzyma się mocno, to czy są jeszcze wątpliwości?

3 komentarze

  1. Czytelnik 27/10/2014
  2. Major 27/10/2014
  3. spokojny 04/02/2015

Zostaw komentarz