Magiczne miejsca: Japonia A.D. 1976

Zanim napiszę o Japonii, w której spędziłem kilka miesięcy w 1976 roku, przywołam wspomnienie wcześniejsze o kilkanaście lat. Urodziłem się i mieszkałem w Sanoku – uroczym miasteczku na Podkarpaciu. Pewnego razu, gdy byłem jeszcze w wieku przedszkolnym, przybiegł do mnie zziajany i podniecony kolega z sensacyjną i niewiarygodną wiadomością: w Sanoku pojawił się Murzyn! Natychmiast rzuciłem wszystkie ważne sprawy, którymi się wtedy zajmowałem i pognaliśmy szukać Murzyna. I rzeczywiście wkrótce natknęliśmy się na grupę kilkunastu rozwrzeszczanych i podekscytowanych naszych rówieśników, którzy wianuszkiem otaczali Murzyna. Ten kroczył dość niepewnie, rozglądając się trwożliwie, a otaczająca go hałastra wrzeszczała i wykonywała różne błazeńskie gesty. Co odważniejsi wyciągali rękę w powitalnym geście, a Murzyn skwapliwie ją ściskał.

Wspominam o tym dlatego, że w Japonii przeżyłem déjà vu. Pewnego dnia znalazłem się w mieście Kagoshima, leżącym w południowej części wyspy Honsiu. Moim celem było wejście na szczyt znajdującego się nieopodal czynnego wulkanu, a później zaokrętowanie się na statek i podróż na Okinawę. Zanim to jednak nastąpiło, przeżyłem owe déjà vu. Otóż wkrótce po tym, jak wysiadłem z pociągu, zorientowałem się, że wokół mnie kręci się kilku chłopców w wieku 5 – 6 lat. Po chwili było ich już kilkunastu; byli bardzo podekscytowani i hałaśliwi. I wyraźnie mi towarzyszyli, to znaczy przemieszczali się wraz ze mną w tym samym kierunku. Co odważniejsi wybiegali przede mnie i z okrzykiem Hello Johnny! wyciągali do mnie rękę. Cóż miałem zrobić, ściskałem wyciągnięte ręce, chociaż czułem się dość niepewnie.

To była właśnie Japonia a.d. 1976. Piękna, bogata i do bólu nowoczesna, ale przecierająca oczy ze zdumienia na widok człowieka o innym kolorze skóry. Wielopasmowe autostrady, najszybsza kolej świata, ultranowoczesny sprzęt audio i foto, a na ulicach kobiety w tradycyjnych kimonach i mężczyźni w yukatach. Przyciągające tłumy, uliczne parady z okazji świąt religijnych, tradycyjne tańce Bon-Odori i nowoczesne samochody, biurowce i domy towarowe. Dla mnie, wyrwanego z siermiężnej rzeczywistości epoki Gierka, Japonia jawiła się niemal jak raj. Pewien Polak, mieszkający tam od lat powiedział mi, że nie zobaczę tutaj nigdy brudnego samochodu. Co tam brudnego! Nawet choćby odrobinę zachlapanego. Powiedziałem mu, że to jest niemożliwe, bowiem gdy pada deszcz samochody muszą być zachlapane. Nawet jeśli co pół godziny odwiedzają myjnię, to przynajmniej przez kilkanaście minut muszą być zachlapane. Pewnego dnia, gdy mocno padało usadowiłem się przy ruchliwej ulicy i obserwowałem samochody. Wszystkie były nieskazitelnie czyste! Do dziś nie wiem jak oni to robili.

Tak się złożyło, że gierkowskie otwarcie na świat nastąpiło w czasach, gdy studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Pojawiły się różne możliwości wyjazdów na Zachód, a jedną z nich były studenckie praktyki IAESTE (oraz ich odpowiednik na uczelniach ekonomicznych – AISEC). Nie było trudno zakwalifikować się na taką praktykę jeśli miało się wysoką średnią ocen ze studiów i znało się język obcy, bowiem studentów spełniających oba te warunki było wówczas jak na lekarstwo. I w ten sposób udało mi się wyjechać do Japonii. Już sama podróż była niezwykła, bowiem najtańsza wersja okazała się następująca: Samolotem LOT-u do Moskwy, samolotem Aeroflotu do Irkucka, samolotem Aeroflotu do Chabarowska, koleją transsyberyjską z Chabarowska do Nachodki, statkiem z Nachodki do Yokohamy. Jeśli dodam jeszcze, że statek nazywał się Feliks Dzierżyński, to nikt nie będzie miał wątpliwości, że podróż była niezwykła. Ponieważ morze było bardzo niespokojne, więc prawie wszystkich pasażerów ścięła morska choroba i poznikali zaraz po kolacji (jakimś cudem mnie oszczędziła). A w programie: dancing z żywą muzyką wykonywaną przez zespół jazzowy. A na dancingu tylko ja i kilkanaście hostess z obsługi. Jeśli w tej chwili pomyślałeś czytelniku to, co myślę, że sobie pomyślałeś, to informuję, że jesteś w błędzie. Cały personel na statku to byli prawdopodobnie agenci lub współpracownicy KGB, więc pilnowali nie tylko pasażerów, ale także siebie nawzajem. Oceniając z mojej perspektywy – pilnowali skutecznie.

Tak jak dla mnie Japonia była krajem egzotycznym, tak ja, osoba zza żelaznej kurtyny, byłem egzotycznym obiektem dla pracowników firmy, w której miałem praktykę. Więc kontakty towarzyskie kwitły ku zadowoleniu obu stron. Zaczęło się od bankietu powitalnego, który wydał szef firmy. Ponieważ wiedziałem, że będzie oficjalnie (pytano mnie delikatnie czy mam marynarkę i krawat – na szczęście miałem) poprosiłem znajomego o napisanie mi przemówienia po japońsku – fonetycznie. Następnie przez kilka dni uczyłem się go na pamięć, pod nadzorem jednego z pracowników firmy, którego wtajemniczyłem w projekt, ale zmusiłem do przysięgi, że nie zdradzi sekretu. I na bankiecie, po przemówieniu szefa wygłoszonym po angielsku, ja, jakby nigdy nic, wygłosiłem przemówienie po japońsku. Ależ to zrobiło wrażenie!

Chyba nie mniejsze wrażenie zrobił też pewien piwny pojedynek. W luźnych rozmowach w pracy przyznałem się, że jestem smakoszem piwa, które jest głównym napojem polskich studentów i że mój organizm jest w stanie wchłaniać duże dawki tego specyfiku. A gdy moi rozmówcy stwierdzili, że jest w firmie człowiek, który uwielbia piwo i też może dużo, to bez wahania zaproponowałem pojedynek: kto więcej. Było to trochę nie fair z mojej strony, bo wiedziałem, że Japończycy mają bardzo słabe głowy. W firmie zapanowało niezwykłe podniecenie; przez kilka dni obserwowałem różne gorączkowe narady po kątach, aż wreszcie przyszła do mnie delegacja z oświadczeniem, że pojedynek się odbędzie. Ustalono miejsce, datę i godzinę. Sam przebieg zdarzenia był już mniej ciekawy: kibice zamówili sobie po małej szklaneczce a dla nas zamówiono po litrowym kuflu. Piwo w Japonii jest znakomite, więc z największą przyjemnością opróżniłem kufel. Mój partner potrzebował trochę więcej czasu, ale poradził sobie dzielnie. Kibice zamówili po drugiej szklaneczce, a dla nas zamówiono po kolejnym litrowym kuflu. Zimne, dobre piwo z piękną pianką: pycha. Mój partner jednak miał już kłopoty; wydawało się, że nie da rady, ale jednak stanął na wysokości zadania: kufle były puste. Podziw i entuzjazm kibiców były ogromne i oto nadszedł czas na trzeci kufel. Piłem go już nieco wolniej, ale nadal z wielką przyjemnością. Natomiast z moim partnerem zaczęły się dziać niepokojące rzeczy: zbladł i wyraźnie walczył z czymś, co rodziło się wewnątrz jego przewodu pokarmowego. W pewnym momencie zdecydowanym, choć  chwiejnym krokiem udał się do toalety… i już nie powrócił do towarzystwa. Oczywiście zajęli się nim koledzy i odesłali go taksówką do domu. A zwycięzca pojedynku, wraz z najwytrwalszymi kibicami udał się na imprezę do klubu nocnego. No i tyle. Więcej nie pamiętam.

Z piwem związane są jeszcze inne historie z mojego pobytu w Japonii, ale chyba opowiem je przy innej okazji, bo wpis robi się już za długi. Jeszcze dodam tylko kilka słów o zwiedzaniu. Szef firmy, w której pracowałem zapowiedział, że nie będę miał nic do roboty i zasugerował, że powinienem poznawać Japonię. Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Wyjeżdżałem w różne miejsca w weekendy, a także w inne dni. Najdłuższa moja eskapada obejmowała południową część wyspy Honsiu, wyspę Kyushiu i Okinawę, gdzie wówczas odbywała się wystawa światowa Expo 76. Okinawa, gdzie mieści się wielka baza sił amerykańskich, dość istotnie różni się od całej reszty Japonii. Choćby dlatego, że o ile w Japonii obowiązuje ruch lewostronny, to na Okinawie – prawostronny.

Większość zdjęć, które zamieściłem w tym wpisie powstały jako slajdy. Ostatnio je odkurzyłem i zamieniłem na wersje cyfrowe, dokonując korekty kolorów, retuszu itp. Dodam jeszcze, że ten szczupły młodzieniec z długimi włosami, to jestem ja. Dziś, oglądając te zdjęcia zastanawiam się, czy miałem ze sobą w Japonii, jakąś inną koszulkę, niż ten niebieski T-shirt. Nie pamiętam. Ale tego, że widoczne na zdjęciach spodnie były jedynymi, w jakie byłem zaopatrzony – jestem prawie pewien.

.

Pragnę wyjaśnić, że słowo Murzyn użyte w tekście, nie ma wydźwięku rasistowskiego. W czasach, gdy miało miejsce opisywane zdarzenie, słowa tego używano do nazwania człowieka o czarnym kolorze skóry i miało ono obojętne zabarwienie uczuciowe. Natomiast wyraźnie pozytywne zabarwienie uczuciowe miało słowo Murzynek, użyte w elementarzu, z którego się uczyłem w pierwszej klasie: Murzynek Bambo w Afryce mieszka/ Czarną ma skórę ten nasz koleżka/ Uczy się pilnie przez cała ranki/ Ze swej murzyńskiej pierwszej czytanki.

2 komentarze

  1. Wiesław 19/10/2014
  2. spokojny 24/10/2014

Zostaw komentarz