Socjalistyczne współzawodnictwo pracy

Foto: muzeumprl-u.pl

Socjalistyczne współzawodnictwo pracy towarzyszyło nam przez cały PRL, ale jego nasilenie było różne w różnych okresach. Największy rozkwit odnotowywało w końcu lat 40-tych i w latach 50-tych ubiegłego wieku. Chodziło w nim o to, że pracownicy dobrowolnie pracowali więcej niż wymagały tego normy i czas pracy. Z tą dobrowolnością było zresztą różnie, bowiem presja środowiska była tak silna, że właściwie każdy musiał przystąpić do współzawodnictwa. Tak zwani przodownicy pracy byli kreowani na bohaterów i byli fetowani na różnych akademiach i pochodach pierwszomajowych. Najlepsi spośród nich wyrabiali 800% normy, co już samo w sobie było absurdem. Bo jeśli można pracować 7 razy wydajniej, to albo norma jest do kitu, albo obliczanie jej przekroczenia jest naciągane. Jednak faktem jest, że niektórzy byli w stanie włożyć w pracę nieludzki wysiłek. Pierwszy i najsłynniejszy przodownik pracy, górnik przodowy Wincenty Pstrowski, rzucił hasło współzawodnictwa w 1947 roku, a już rok później zmarł z przepracowania. W nagrodę miał bardzo ładny pogrzeb urządzony z wielką pompą. Do socjalistycznego współzawodnictwa pracy nawiązuje jeden z najlepszych filmów polskiego kina: Człowiek z marmuru Andrzeja Wajdy.

Socjalistyczne współzawodnictwo pracy przypomniało mi się, gdy przeczytałem artykuł Krzysztofa Kolanego w portalu Bankier.pl. Choć nie używa on tej nazwy, to przedstawia w nim, wypisz wymaluj, socjalistyczne współzawodnictwo pomiędzy… bankami centralnymi najbardziej rozwiniętych krajów świata. Współzawodnictwo polega na tym, który z nich wydrukuje najwięcej pieniędzy bez pokrycia (o tym problemie pisałem też tutaj). A liczby mogą przyprawić o zawrót głowy. Od początku pierwszego programu „ilościowego luzowania” w 2009 roku amerykańska Rezerwa Federalna wydrukowała 2,55 biliona dolarów. To mniej więcej 5 razy więcej niż PKB Polski! I to nie jest rekord, bowiem Bank of Japan dodrukował 2,73 biliona dolarów. Na podium socjalistycznego współzawodnictwa znajdzie się jeszcze Europejski Bank Centralny ze swoim 1 bilionem euro.

Powiedz, kiedy będzie dość.

Wiemy, jaki był skutek socjalistycznego współzawodnictwa, dla Wincentego Pstrowskiego. A jaki będzie dla banków centralnych, państw i co najważniejsze, ich obywateli? Czy wskutek wyprodukowania olbrzymich ilości pieniędzy staniemy się wszyscy bogatsi, jak twierdzi część ekonomistów? Czy może czeka nas katastrofa finansowa, a w jej wyniku spadek stopy życiowej, jak twierdzi druga część? Wzrost dobrobytu wskutek wzrostu emisji pieniądza jest jednak tezą przeczącą zdrowemu rozsądkowi. Wydaje się też, że wkrótce musi nastąpić pęknięcie baniek spekulacyjnych na giełdach w Nowym Jorku i Tokio (w Tokio z pewnym opóźnieniem). Ale już łańcuch zdarzeń, które nastąpią w wyniku tych pęknięć nie jest oczywisty. Czy krach nastąpi także na giełdach europejskich, w tym polskiej? Przecież tutaj w żadnym wypadku nie możemy mówić o bańkach. A nawet jeśli miałby nastąpić, to w jakim stopniu przełoży się na realną gospodarkę? Polska, dzięki posiadaniu własnej waluty, może się obronić przed wieloma niekorzystnymi wpływami zewnętrznymi. Ale recesja w krajach europejskich ma zabójczy wpływ na polski eksport, a to on w znacznej mierze odpowiada za wzrost naszego PKB. Wydaje się też niemal pewne, że skumulowanie obserwowanych dziś powszechnie zjawisk: braku reform, lawinowego wzrostu zadłużenia państw, wydawania ogromnych pieniędzy na absurdalne cele (np. walkę z cyklami klimatycznymi Ziemi) i dodruku pustego pieniądza, musi prędzej czy później doprowadzić do załamania finansów i gospodarek państw, recesji, inflacji i spadku stopy życiowej obywateli.

Zostaw komentarz