Straszak deflacji

Choć zapewne wszyscy to wiedzą, zacznę od definicji. Deflacja, to spadek przeciętnego poziomu cen, co oznacza wzrost siły nabywczej pieniądza. Czyli w miarę upływu czasu, za określoną kwotę można kupić więcej towarów i usług.  Przeciwieństwem deflacji jest inflacja, czyli stały wzrost przeciętnych cen, co przekłada się na spadek siły nabywczej pieniądza. Inflacja, to zjawisko, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, bowiem prawie zawsze mamy z nią do czynienia. Inflacja na poziomie 1 – 2 procent rocznie jest praktycznie nieodczuwalna. Inflacja na poziomie kilkunastu procent jest dokuczliwa, szczególnie dla osób posiadających zgromadzone oszczędności. Inflacja na poziomie kilkuset procent (tzw. hiperinflacja) jest katastrofą, w wyniku której wiele osób traci dorobek swojego życia.

Dla każdego konsumenta oczywistym jest, że inflacja jest zjawiskiem niekorzystnym. Mniej oczywiste (ale głównie ze względu na brak doświadczeń) jest to, że deflacja jest zjawiskiem korzystnym. Więc chciałbym to jednoznacznie stwierdzić: tak, z punktu widzenia konsumenta deflacja jest bardzo korzystna! Dlaczego więc ciągle docierają do nas głosy o niebezpieczeństwie deflacji? Dlaczego przed niebezpieczeństwem deflacji chronił Amerykanów Ben Bernanke, przez wiele lat szef FED-u? Dlaczego Shinzo Abe – premier Japonii ogłasza oficjalnie program walki z deflacją (pisałem o tym tutaj), zyskując powszechny poklask?  Dlaczego Mario Draghi – szef Europejskiego Banku Centralnego uważa, że zapobieganie deflacji, to główny cel EBC? Odpowiedź na te pytania jest dość banalna. Bo deflacja, choć korzystna dla ogółu obywateli, jest bardzo niekorzystna dla rządów! Deflacja oznacza bowiem mniejsze wpływy z tytułu podatków, co dla obywateli oznacza, że płacą po prostu mniejsze podatki. I odwrotnie: im wyższa inflacja, tym więcej wpływa do budżetu; obywatele płacą wyższy podatek mimo, że żadne stawki podatkowe nie zostały podniesione, a i sami obywatele nie do końca zdają sobie sprawę z faktu, iż padli ofiarą „podatku inflacyjnego”.

Oczywiście żaden rząd nie przyzna się do tego, że działa wbrew interesowi ogółu obywateli. Trzeba było zatem wymyślić jakieś sprytne kłamstwo, które „ciemny lud kupi”. Z pomocą przyszli ekonomiści z tzw. szkoły popytowej czyli Keynesiści. Wprawdzie nawet oni przyznają, że deflacja jest korzystna dla konsumentów, ale sprowadza na kraj tak wielkie klęski, że już lepiej żyć z inflacją. Owe wielkie klęski to recesja i jej skutek, czyli bezrobocie. Rozumowanie prowadzące do takiego wniosku jest następujące: jeśli jest deflacja, czyli ceny spadają, to konsumenci powstrzymują się od kupowania potrzebnych towarów i usług, bo im później kupią, tym mniej zapłacą. Odkładając zakupy powodują, że spada popyt. Więc fabryki zmniejszają produkcję i zwalniają pracowników, albo wręcz bankrutują – i mamy recesję i bezrobocie. Keynesiści są w błędzie! Nie biorą pod uwagę tego, że fabryki mogą zmniejszyć koszty, wprowadzić tańsze technologie i w efekcie obniżyć ceny. Spójrzmy na rynek telefonii komórkowej: ceny usług ustawicznie tu spadają. Czy operatorzy masowo bankrutują? Ależ wręcz przeciwnie; mają się świetnie. A ceny aparatów telefonicznych? Za swój pierwszy telefon komórkowy zapłaciłem 2,5 tysiąca złotych, dziś płacę za niego złotówkę. Za pierwsze SMS-y płaciłem 1 zł, za każdy! To nie są odosobnione przypadki, podobnie jest z elektroniką użytkową, usługami transportowymi a nawet z niektórymi artykułami spożywczymi (np. z piwem). W XIX wieku deflacja była chlebem powszednim, a jednak rozwój gospodarczy miał niezwykłą dynamikę. W latach 1815 – 1913 wskaźnik deflacji wyniósł w USA 54%, jednocześnie Ameryka odnotowywała bezprecedensowy wzrost gospodarczy!

Keynesizm jest obecnie bardzo modnym nurtem w ekonomii, bo dostarcza rządom wygodnych argumentów: nie trzeba przeprowadzać żadnych reform, można się zadłużać bez żadnych ograniczeń, można drukować pusty pieniądz w imię walki z deflacją. Keynesizm jest w rozkwicie, bo jak łatwo się domyślić, rządy i banki centralne nie szczędzą grantów wspierających rozwój tej wybitnej idei.

John Maynard Keynes

John Maynard Keynes opublikował, w 1936 roku, pracę Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, która zawierała główne tezy teorii popytowej, nazwanej później Keynesizmem. Pisząc o stymulowaniu gospodarki przez inwestycje rządowe zakładał, że środki na ten cel będą pochodzić z kredytów zaciąganych przez rządy. Uważał, że państwo może się zadłużać, byle ten dług nie przekroczył 30% PKB. Gdyby dziś Keynesiści głosili taki pogląd, to bez wątpienia nie dostaliby żadnych rządowych grantów. Więc akurat ten fragment myśli Keynesa jest dyskretnie przemilczany. Dziś poprawne politycznie jest twierdzenie, że zadłużać się można, a nawet trzeba. Więc zadłużenie państw rośnie i wynosi obecnie: Japonii 245% PKB, Grecji 175% PKB, Włoch 133% PKB, USA 102% PKB, Francji 92% PKB itd. Gdy jakiś oponent zarzucił Keynesowi, że skutki swoich teorii analizuje jedynie w krótkiej perspektywie, odpowiedział, że w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi. My, tak. Rachunki zapłacą kolejne pokolenia.

Jedna odpowiedź

  1. Dariusz Kazimierczak 01/03/2015

Zostaw komentarz