Grecja – 5 lat kryzysu

Do tematu kryzysu greckiego wracam często, bo bardzo mnie on fascynuje. Moja fascynacja wynika z tego, że od samego początku jest dla mnie oczywiste, w jaki sposób Grecja może z kryzysu wyjść i od samego początku sposób ten nie znajduje zastosowania. Wiem oczywiście dlaczego; pisałem już o tym kilkukrotnie, a powtórzę jeszcze raz w tym artykule. Chciałbym, żeby ten tekst był moim małym wkładem w uczczenie piątej rocznicy greckiego kryzysu. Dziś, jeszcze bardziej niż pięć lat temu, jestem przekonany o słuszności mojej recepty. Ale dziś pojawiają się coraz liczniejsze głosy, że trzeba ją w końcu zastosować, natomiast na początku kryzysu byłem zdecydowanie osamotniony w moich sądach. Tą receptą na grecki kryzys jest wprowadzenie własnej waluty (wyjście ze strefy euro) połączone z redukcją zadłużenia. Gdyby wprowadzono ją pięć lat temu, dzisiejsza Grecja byłaby najszybciej rozwijającym się krajem Europy. Dlaczego zatem tego nie zrobiono? Bo wyjście Grecji ze strefy euro i jej dynamiczny rozwój w jego następstwie, byłby początkiem rozpadu strefy euro, a wprowadzenie własnych walut przez kraje europejskie miałoby fatalne skutki dla Niemiec. Więc Niemcy robią wszystko, żeby nie dopuścić do takiego rozwoju sytuacji. Jak na razie im się udaje, ale to się wkrótce zmieni. Przed końcem roku 2015 Grecja wprowadzi własną walutę.

O wszystkim tym pisałem 8 miesięcy temu we wpisie Dokąd zmierza EURO? (Na marginesie: artykuł ten należy do najchętniej czytanych: miał już ponad 6 tysięcy odsłon). Podałem tam m.in. argumenty przemawiające za wprowadzeniem przez Grecję własnej waluty:

  1. Można założyć, że wprowadzając drahmę, rząd grecki ustaliłby kurs wymiany na euro w stosunku 1:1. Ale natychmiast nastąpiłaby jej gwałtowna dewaluacja o skali trudnej do przewidzenia. Prawdopodobnie byłoby to co najmniej 50%, a może nawet 60% lub więcej? Byłby to ogromny jednorazowy szok. Cała masa ludzi w jednej chwili znacznie by zubożała. Grecy zdają sobie z tego sprawę i od pewnego czasu wycofują depozyty z banków. Jest to ruch na ogromną skalę: chodzi o dziesiątki miliardów euro.
  2. Wskutek gwałtownej dewaluacji drahmy produkty importowane do Grecji stałyby się nagle bardzo drogie. Grecy masowo przerzuciliby się na produkty greckie, co spowodowałoby szybki rozwój greckich przedsiębiorstw i powstawanie nowych miejsc pracy.
  3. Z kolei produkty greckie, a w szczególności płody rolne, stałyby się tanie z punktu widzenia innych krajów. Pociągnęłoby to za sobą znaczny wzrost greckiego eksportu, a w konsekwencji wzrost PKB.
  4. Grecja stałaby się nagle tanim krajem z punktu widzenia obywateli krajów innych walut. To spowodowałoby gwałtowny rozwój turystyki, co też pociągnęłoby za sobą  powstawanie nowych miejsc pracy. Bezrobocie uległoby radykalnemu zmniejszeniu, a to oznaczałoby m.in. wzrost wpływów do budżetu z tytułu podatków.
  5. Rozwój przemysłu i rozwój turystyki spowodowałyby też ogromny napływ zagranicznego kapitału inwestycyjnego (należy pamiętać, że grecka siła robocza zrobiłaby się nagle tania z punktu widzenia inwestorów z Niemiec, USA i innych krajów). Inwestycje stałyby się głównym czynnikiem wzrostu PKB.
  6. Wprowadzenie drahmy miałoby też skutki negatywne. O znacznym zubożeniu dużej części obywateli już wspomniałem. W pierwszym okresie po zmianie waluty, zapanowałby gigantyczny chaos w gospodarce i całym państwie. Rozpoczęłyby się masowe protesty tych grup, które najbardziej by straciły na zmianie. Ale chaos zostałby szybko opanowany, bowiem Grecy dostrzegliby pozytywne skutki zmiany.
  7. Pozostałaby jeszcze kwestia greckiego zadłużenia. Ale dziś nikt już nie kryje tego, że zadłużenie to nigdy nie zostanie spłacone. Ostatnio potwierdził to grecki minister finansów Janis Warufakis mówiąc w niemieckiej telewizji ARD: ‚Mój kraj jest największym bankrutem na świecie, zaś przywódcy europejscy cały czas wiedzieli, że Ateny nigdy nie spłacą swoich długów’. Więc darowanie Grekom części długów jest konieczne i nieuchronne. Moim zdaniem najlepszym tego sposobem byłoby przewalutowanie całego długu na drachmy po kursie 1:1. Czyli wierzyciele Grecji straciliby tyle, ile osłabiłaby się drahma. I na początku byłoby to dużo, co wierzyciele musieliby jednorazowo odnotować w swoich bilansach. Ale z czasem sytuacja ulegałaby poprawie, bowiem drahma, po początkowej drastycznej dewaluacji, zaczęłaby się umacniać. I po pierwszej dużej stracie na początku, w kolejnych latach wierzyciele księgowaliby zyski na greckim długu. Więc nie byłoby tak bardzo źle.

Pora teraz wyjaśnić dlaczego Niemcy tak zawzięcie walczą o utrzymanie strefy euro. Otóż siłą pociągową niemieckiej gospodarki jest eksport, który jest na niebotycznym poziomie i stale rośnie. Niemieckie wyroby, a szczególnie maszyny, urządzenia i pojazdy cieszą się wysoką i zasłużoną renomą na całym świecie, są więc chętnie kupowane. Ale mają jeszcze jeden atut, który jest wyłączną zasługą istnienia waluty euro – są relatywnie tanie. Euro jest bowiem słabą walutą ‚dzięki’ takim krajom jak Grecja, Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Francja. Więc światowy popyt na niemieckie wyroby jest ogromny. Jeszcze inny aspekt: istnienie waluty euro ma wpływ na utrzymywanie się dużego popytu wewnętrznego w Niemczech. A to dlatego, że z punktu widzenia Niemców, kraje takie jak Francja, Włochy czy Hiszpania, nie mówiąc już o Beneluksie czy Skandynawii – są krajami drogimi. Więc Niemcy ograniczają wyjazdy urlopowe do tych krajów, wybierając raczej własny kraj i w nim wydając swoje pieniądze. Gdyby waluta euro przestała istnieć i każdy kraj wprowadził własną, to nastąpiłoby natychmiastowe, ogromne umocnienie niemieckiej marki. Niemieckie wyroby stałyby się nagle dużo droższe, co spowodowałoby zmniejszenie eksportu – prawdopodobnie bardzo drastyczne. Z drugiej strony w krajach ościennych, z punktu widzenia Niemców, zrobiłoby się nagle tanio, a w krajach Europy południowej – wręcz bardzo tanio (znaczne osłabienie włoskiego lira, hiszpańskiej pesety, czy portugalskiego escudo). Więc nastąpiłby urlopowy exodus Niemców na południe Europy. Popyt wewnętrzny bardzo by na tym ucierpiał. A gdy dwa główne filary wzrostu, czyli popyt wewnętrzny i eksport, uległyby załamaniu – nastąpiłaby wielka, niemiecka recesja. Wręcz krach. Więc rząd niemiecki robi wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Między innymi godzi się na transfer setek miliardów euro z kieszeni niemieckich podatników, do Grecji i innych krajów-bankrutów.

Gdy pięć lat temu ujawnił się grecki kryzys planowałem, jak zwykle, wyjazd na urlop na Rodos, gdzie pływam na windsurfingu. Pomyślałem wtedy: odłożę wyjazd o rok i wyjadę wtedy na dwa tygodnie, zamiast na zwyczajowy tydzień. Grecja będzie już miała własną walutę i będzie, z mojego punktu widzenia, bardzo tania. Będzie mnie stać na dobre wina i homary na kolację. Jakże się pomyliłem. Nie doceniłem determinacji Niemiec oraz cynizmu polityków, którym wcale nie zależy na dobru swojego kraju. Wszystko wskazuje jednak na to, że już wkrótce moje recepty znajdą zastosowanie i Grecja wróci do drahmy. Wtedy wyjadę na Rodos nie na dwa, ale na trzy lub cztery tygodnie i będę swój pobyt relacjonował na blogu. A relacje będę ilustrował zdjęciami homarów, które będę spożywał na kolacje. Poniższą próbkę wklejam w dużej rozdzielczości: koniecznie powiększcie zdjęcie i obejrzyjcie dokładnie.

9 komentarzy

  1. PaniPonura 24/04/2015
    • Jan Adamski 24/04/2015
      • PaniPonura 26/04/2015
  2. Dariusz Kazimierczak 24/04/2015
    • Jan Adamski 24/04/2015
      • Dariusz Kazimierczak 25/04/2015
        • Jan Adamski 25/04/2015
  3. Ela 16/06/2016
    • Jan Adamski 17/06/2016

Zostaw komentarz