Krywań, Krywań

W czasach największej eksplozji popularności rocka progresywnego, czyli na początku lat 70-tych ubiegłego wieku, rozpocząłem studia na Politechnice Warszawskiej i zamieszkałem w akademiku. Znalazłem się więc w idealnym środowisku, żeby śledzić polską scenę rockową. Szkopuł był tylko w tym, że ta scena praktycznie nie istniała. W tamtych czasach wszystkie przejawy jakiejkolwiek aktywności (w tym muzycznej) musiały być koncesjonowane przez państwo. Istniała jedna wytwórnia płytowa (oczywiście państwowa), o bardzo niebanalnej nazwie: Polskie Nagrania, oraz jedna agencja organizująca koncerty wszelakie, od muzyki poważnej do zespołów folklorystycznych i dziecięcych (oczywiście państwowa). Nieliczne, koncesjonowane zespoły obracały się w kręgu dość prymitywnej muzyki pop i tylko niektóre z nich zahaczały lekko o rock. Zwany zresztą dla niepoznaki ‚bigbitem’ (od angielskiego big beat).  Myliłby się jednak ten kto by sądził, że w takich warunkach nie mogła powstawać ciekawa i wartościowa muzyka. Owszem, mogła i powstawała. Mało tego – pojawiały się arcydzieła, które błyszczały nie tylko na tle rodzimej, siermiężnej twórczości, ale mogły konkurować z najlepszymi dziełami rocka progresywnego zespołów takich jak: King Crimson, Emerson Lake & Palmer, Caravan czy Colosseum. Dziś chciałbym napisać o jednym z takich arcydzieł. Mam na myśli płytę Krywań, Krywań zespołu Skaldowie, nagraną w roku 1972.

Skaldowie to był pop-rockowy zespół, który od 1965 roku nagrywał ładne i grzeczne piosenki, w sam raz do puszczania w radiu. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość i stwierdzić, że nie były to kiczowate produkcje charakterystyczne dla tamtych lat. Były to utwory muzyczne w pełnym tego słowa znaczeniu; dobrze zaaranżowane i zagrane z polotem i muzyczną erudycją (wszyscy członkowie zespołu mieli muzyczne wykształcenie), w dodatku posiadające bardzo udane, często poetyckie, teksty. Założyciel, lider i główny kompozytor zespołu – Andrzej Zieliński był zafascynowany góralskim folklorem, co znajdowało swoje odzwierciedlenie w piosenkach. Kolejne płyty zespołu: Skaldowie (1967), Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968), Cała jesteś w skowronkach (1969) Od wschodu do zachodu słońca (1970) były coraz lepsze i bardziej dojrzałe. I coraz bardziej zbliżały się do estetyki progresywnego rocka. Płyta Od wschodu do zachodu słońca była mieszanką piosenek z utworami rockowymi z pogranicza progresji. Aż wreszcie nadszedł rok 1972, a z nim płyta Krywań, Krywań. Płyta już na pierwszy rzut oka robiła doskonałe wrażenie z uwagi na piękny projekt graficzny okładki oraz fakt, że była to okładka rozkładana – w polskich warunkach zupełny ewenement. Ale najważniejsza była oczywiście zawartość muzyczna.

Całą pierwszą stronę winyla zajmował tytułowy utwór Krywaniu, Krywaniu, trwający prawie 18 minut. Oparty na góralskiej  śpiewce, z oryginalnym ludowym tekstem. Zaczyna się od dziwnych dzwonków (pasących się krów?) na tle cichych dźwięków organów Hammonda, by pod koniec pierwszej minuty wybuchnąć zdecydowanym wejściem wokalu – początkowo a capella, ale po chwili włącza się perkusja i reszta instrumentów. Śpiew jest krótki, zaledwie jedna zwrotka, po czym bardzo dynamicznie wchodzą organy Hammonda grając główny motyw utworu. Szybko jednak zwalniają nieco tempo, żeby wpleść pierwszy cytat z muzyki klasycznej: fragment Tańców połowieckich z opery Kniaź Igor Aleksandra Borodina. Ta bardzo piękna melodia trwa jednak tylko kilka sekund, po czym następuje ponowne przyśpieszenie z dużym wyeksponowaniem sekcji rytmicznej. Na jej tle rozwija się znakomita, dynamiczna solówka organów. Perfekcja Andrzeja Zielińskiego po prostu wgniata w fotel. Następnie kolejny już raz następuje wyhamowanie tempa i znów w celu wplecenia cytatu z muzyki poważnej. Tym razem jest to fragment Promenady z Obrazków z Wystawy Modesta Musorgskiego. Po tym krótkim cytacie rolę wiodącą bierze na siebie gitara basowa grając efektowny riff. Po chwili dołącza do niej gitara, trochę jakby nieśmiało i niepewnie, ale to tylko przerywnik przed pojawieniem się skrzypiec elektrycznych. Powtarzany jest główny motyw utworu i kolejny śpiew krótkiej zwrotki. A po nim ostro, głośno i dynamicznie, wręcz agresywnie zaczyna się solówka Jacka Zielińskiego na skrzypcach. To mój ulubiony fragment utworu. W dźwięku skrzypiec można się doszukać motywów góralskich, ale mnie kojarzą się z grą Jerry’ego Goodmana z The Flock i Mahavishnu Orchestra. Napięcie rośnie, aż do kulminacji w postaci agresywnych dźwięków skrzypiec w wysokich rejestrach. Uspokojenie które później następuje przynosi coś w rodzaju kolażu dźwiękowego w stylu psychodelicznym. Słyszymy skrzypce i organy z wtrącającą się perkusją, a w tle – wokalizę. Ten dźwiękowy chaos próbuje opanować gitara basowa wprowadzając rytm, który przeradza się następnie w cytat z kolejnej opery: Wilhelm Tell Gioachina Rossiniego. Tym razem cytat jest dłuższy, co organy wykorzystują do efektownej solówki. Szybkie tempo Wilhelma Tella jest utrzymywane w kolejnym fragmencie – dialogu organów i skrzypiec, który kończy się wyciszeniem i oddaniem pola gitarze basowej. Jej dźwięki w połączeniu z wokalizą, która się pojawia, wprowadzają atmosferę niepokoju i tajemniczości. Atmosfera ta niknie wraz z wyciszeniem wszystkich instrumentów, z wyjątkiem gitary basowej. Ta uparcie powtarza swój riff, jakby nawołując do wielkiego finału. I rzeczywiście pojawia się główny motyw grany dynamicznie na organach oraz wokal z kolejną zwrotką. Po czy wszystko urywa się gwałtownie po głośnym okrzyku: hej! Koniec.

 Zwykle, gdy tak wybitne działo zajmuje połowę płyty, to druga połowa składa się z tzw. wypełniaczy. Nie tym razem. Kolejne utwory, choć krótsze, są równie znakomite, dopracowane i porywające, a w każdym jest miejsce na efektowną solówkę instrumentalną. Najefektowniej wypada jazz-rockowy Juhas zmarł z solówkami kolejno na: fortepianie (Andrzej Zieliński), gitarze (Jerzy Tarsiński) i trąbce (Jacek Zieliński). Fortepianowa solówka Andrzeja Zielińskiego w tym utworze to, w mojej opinii, jedna z dwóch najlepszych rockowych solówek fortepianowych wszechczasów. Druga znajduje się na płycie Blood, Sweat and Tears II, w utworze Smiling Phases, a wykonuje ją Fred Lipsius. Na uwagę zasługuje też utwór wieńczący płytę: Fioletowa dama. To utwór instrumentalny z dominującą rolą organów Hammonda i efektowną solówką na skrzypcach. Utrzymany jest w tej samej stylistyce co Krywaniu, Krywaniu i na dobrą sprawę mógłby zostać do niego włączony.

Płyta Krywań, Krywań jest niewątpliwie arcydziełem rocka progresywnego. W czasach gdy była wydana nie miała oczywiście żadnych szans na zaistnienie w zachodnim świecie. Dziś jest odkrywana i doceniana przez miłośników rocka progresywnego z całego świata. Dla mnie była bardzo ważną płytą; słuchałem jej niezliczoną liczbę razy. I ciągle do niej wracam.

Niektóre z płyt Skaldów wydane w ZSRR i NRD

Skaldowie nagrali utwór Krywaniu, Krywaniu (a także inne utwory z płyty) jeszcze dwukrotnie – w NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna) i ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich) na potrzeby tamtejszych wytwórni płytowych. Zostały one wydane na płytach i dziś stanowią gratkę dla kolekcjonerów. Oczywiście każda z wersji jest nieco inna, więc ich odsłuchiwanie daje wiele satysfakcji. Co ciekawe: solówka fortepianowa Andrzeja Zielińskiego w utworze Juhas zmarł, którą tak się zachwycałem parę akapitów wcześniej, brzmi najlepiej w wersji nagranej dla NRD-owskiej wytwórni Amiga.

Po latach pojawiły się liczne kompilacje nagrań Skaldów, odnaleziono wiele nagrań nigdy wcześniej nie publikowanych, niektóre absolutnie rewelacyjne. Chciałbym tu wspomnieć o dwóch wydawnictwach, które nie mają sobie równych: obydwa wiążą się oczywiście z płytą Krywań, Krywań. Pierwsze z nich to płyta CD wydana przez Wydawnictwo 21 w limitowanym nakładzie 499 egzemplarzy (moja płyta ma numer 302), pod tytułem: Skaldowie Krywań – out of Poland. Zawiera ona m.in. obydwie wersje Krywaniu, Krywaniu, o których napisałem powyżej, czyli nagrane dla Amigi (NRD) i Miełodii (ZSRR). Drugie wydawnistwo to płyta CD wydana przez Kameleon Records w nakładzie 200 egzemplarzy (nienumerowane, więc nie mogę się pochwalić numerem mojej płyty), pod tytułem Krywań, Krywań. Zawiera ona kompletny materiał z płyty (bardzo dobra jakość dźwięku) oraz nagrania dodatkowe. I to one stanowią o absolutnej wyjątkowości tego wydawnictwa. Znajdziemy tam bowiem siedem instrumentalnych wersji znanych przebojów Skaldów nagranych we wrześniu 1971 roku podczas sesji w Radio Saarbrücken w Republice Federalnej Niemiec. Są to nagrania rewelacyjne! świadczą o ogromnym potencjale artystycznym, jaki posiadał zespół Skaldowie. Jest też między nimi instrumentalna wersja mojego ulubionego, jazzrockowego Juhas zmarł – to absolutne wyżyny rocka progresywnego. Nie ma tam wprawdzie fortepianowej solówki – fortepian zastąpiły organy Hammonda – ale za to wyczyny Andrzeja Zielińskiego na tym instrumencie są niebywałe.

Andrzej (z lewej) i Jacek Zielińscy prawie 50 lat po założeniu zespołu Skaldowie

Andrzej Zieliński tak wspomina okres przed powstaniem płyty Krywań, Krywań: ‚Interesowało mnie granie muzyki rozbudowanej, trudniejszej, w której można pokazać swój warsztat. Koncertując w zachodniej Europie często graliśmy dużo muzyki progresywnej, w której najważniejsza jest warstwa instrumentalna utworu. Mieliśmy ten komfort, że w zespole występowali profesjonalni muzycy i dlatego nasze improwizacje muzyczne robiły ogromne wrażenie’. A gitarzysta basowy – Konrad Ratyński dodaje: ‚Dzięki improwizacjom każdy koncert był inny, nigdy nie było wiadomo co nowego wprowadzi któryś z nas i jak mu na to odpowiedzieć. Była adrenalina i radość tworzenia’. O samym powstaniu utworu Krywań, Krywań Andrzej Zieliński tak opowiada: ‚Pomysł wykorzystania ludowej piosenki Krywań podsunęła mi mama, gdy pewnego dnia ćwiczyłem na fortepianie stojącym w naszym krakowskim mieszkaniu. Zacząłem to rozwijać i przychodziły mi do głowy coraz to nowe pomysły. Najpierw był główny temat, mocny riff gitarowy i pierwsze solo na organach Hammonda. „Krywań” przechodził ciągłą ewolucję. Stopniowo dochodziły inne elementy, jak solo skrzypiec, czy partia improwizacji zbiorowej – free. Pomyślałem także, że można wprowadzić trochę cytatów z klasyki i tak pojawili się: Borodin, Bach, Rossini i Musorgski, którego „Obrazki z wystawy” bardzo lubiłem grać. Wykorzystując fragment „Promenady” nie wiedziałem, iż utwór ten grało w wersji rockowej także brytyjskie trio Emerson, Lake and Palmer. Zresztą nagrali oni swoją wersję, kiedy „Krywań” był już gotowy’. Brat Andrzeja – Jacek Zieliński, główny wokalista zespołu, grający także solówki na skrzypcach i trąbce, dodaje: ‚Utwór trwał w pierwotnej wersji około dziewięciu minut. Zaczynał się od podania tematu góralskiego z tekstem Kazimierza Przerwy-Tetmajera, a potem były krótkie improwizacje, które podczas koncertów rozbudowały suitę do dwudziestu minut. Mój brat lubił przechodzić w czasie improwizacji, do cytowania klasyki. Inni muzycy dodawali swoje pomysły i tak spontanicznie rodziła się muzyka. A potem, w trakcie nagrania, utwór ten otrzymał ostateczną formę i to w kilku wersjach: polskiej, rosyjskiej i niemieckiej’.

Być może kogoś zastanowiło dlaczego główny utwór na płycie nosi tytuł Krywaniu, Krywaniu, natomiast sam płyta: Krywań, Krywań. Otóż wiąże się z tym zabawna historia. Płyta miała mieć tytuł taki jak suita: Krywaniu, Krywaniu. Projekt okładki zlecono grafikowi, który nie wywiązywał się z kolejnych terminów wykonania. Wreszcie nadszedł moment, gdy nie można już było czekać, bo musiał się zacząć druk. No i w ostatniej chwili artysta przybiegł zziajany z projektem, w którym był błąd w tytule. Nie było już jednak czasu na korektę. Okładkę wydrukowano z błędem i tak już zostało. Nie korygowano go przy kolejnych wydaniach.

Na koniec proponuję obejrzenie koncertowego wykonania Krywaniu, Krywaniu z roku 2008. Niestety bez organów Hammonda zastąpionych przez cyfrowego Korga. Wersja ta znacznie odbiega od tej, zarejestrowanej na płycie, zatem niezbyt dokładnie odpowiada mojemu przewodnikowi po utworze zaprezentowanemu powyżej. Cała suita podzielona jest na dwie części i pokazana w dwóch kolejnych filmach. Koncert odbył się na dziedzińcu Radia Kraków, rejestracji dokonał Krzysztof Nowaczek.

Tags:

Zostaw komentarz