Rzucanie JOW-ami

Temat jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) niespodziewanie stał się głównym tematem politycznym w Polsce. Warto uzmysłowić sobie o co tak naprawdę chodzi w tej sprawie. I czy wprowadzenie JOW rzeczywiście może wywrócić system polityczny w Polsce? Odpowiedź na to pytanie musi być twierdząca: wprowadzenie JOW może całkowicie zmienić system polityczny w Polsce i uczynić go mniej partyjnym, a bardziej obywatelskim. Może, ale nie musi. Bo jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach.

Obecnie obowiązuje w Polsce, zapisana w konstytucji zasada, że wybory do Sejmu są proporcjonalne. To znaczy liczba mandatów jakie uzyskują w Sejmie poszczególne partie, jest proporcjonalna do liczby uzyskanych głosów wyborców. Ale to nie do końca prawda. Bowiem partie, które uzyskują mniej niż 5% głosów – nie otrzymują żadnego mandatu w Sejmie, zaś partia, która uzyskuje największą liczbę głosów dostaje premię w postaci większej liczby mandatów niżby to wynikało z liczby uzyskanych głosów. Jeśli wyobrazimy sobie sytuację, że w wyborach bierze udział 20 partii i 19 z nich uzyskuje po 4,9% głosów, a jedna 6,9%. To partia, która uzyskała 6,9% głosów ma 100% mandatów w Sejmie. W każdym chyba obudzi to sprzeciw: partia z 7-procentowym poparciem zdobywa absolutną władzę?!

Obecny system spowodował, że tak naprawdę o tym kto zasiądzie w Sejmie wcale nie decydują wyborcy, lecz szefowie największych partii. Ważne, kto zostanie wystawiony na pierwszych miejscach (tzw. biorących) list partyjnych. A posłowie już wybrani do Sejmu mają jeden tylko cel: nie podpaść szefowi partii, bo nie wystawi ich w kolejnych wyborach. Więc o stanowieniu prawa decyduje w Polsce garstka osób (niektórzy z nich kompletnie nie rozumieją mechanizmów, które działają w społeczeństwie, ani skutków jakie niesie ze sobą stanowione prawo). Szeregowi posłowie dostają SMS-ami wytyczne, jak mają głosować. To są niewątpliwie patologie, które usiłuje zwalczać Paweł Kukiz.

Dla wyborców, większość kandydatów na posłów jest całkowicie anonimowa. Wyborcy nie starają się ich poznać, bo w obecnym systemie nie ma żadnego znaczenia kto będzie naciskał guziki na poselskim pulpicie. Równie dobrze może to robić np. wytresowana małpa, która gdy zobaczy zielone światełko – naciska lewy przycisk, a przy światełku czerwonym – prawy. Ponadto kandydaci nie są na ogół związani ze swoimi okręgami; raz kandydują z Kielc, innym razem z Gdańska.

Ewentualne wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych oznacza konieczność zmiany systemu wyborczego z proporcjonalnego na większościowy. Czyli wymaga zmiany konstytucji. To trzeba sobie wyraźnie uzmysłowić: zmiana ordynacji na większościową wymaga większości konstytucyjnej.

Istotą JOW jest to, że z danego okręgu wybierany jest jeden poseł: ten, który uzyska największą liczbę głosów. A zgłosić może się każdy. To jest ważna zaleta, bowiem znacznie ogranicza wszechwładzę szefów partii. Po pierwsze mandat może uzyskać ktoś spoza głównych partii, kto jest popularny w danym okręgu. Po drugie poseł już wybrany, jeśli myśli o kolejnej kadencji, to musi zabiegać przede wszystkim o popularność wśród wyborców w swoim okręgu, a nie wyłącznie podlizywać się szefowi partii i wiernie wykonywać wszystkie SMS-owe polecenia.

Inną zaletą JOW jest fakt, że okręgi wyborcze byłyby stosunkowo małe: średnio obejmowałyby 65 tysięcy wyborców. Nie jest niemożliwe bezpośrednie dotarcie do każdego takiej liczby wyborców. Jest więc duża szansa, że wyborcy z danego okręgu znaliby kandydatów, a już na pewno, w ciągu 4 lat poznaliby swojego posła. Słowo: ‚swój’ jest tu kluczowe, byłaby szansa, że duża liczba wyborców zaczęłaby się interesować działaniami posła: ‚co w tej sprawie zrobił nasz poseł?’, ‚jak głosował nasz poseł?’, ‚czy na otwarciu nowej przychodni był nasz poseł?’ itp.

Powyższe zalety JOW zapewne legły u podstaw nadziei, jaką wiąże z nimi Paweł Kukiz. Niestety praktyka funkcjonowania ordynacji większościowej i okręgów jednomandatowych nieco odbiega od ideału.

W USA, Wielkiej Brytanii czy Francji, gdzie funkcjonują zbliżone systemy, szansa na zdobycie mandatu przez niezależnego kandydata jest znikoma. W dodatku nawet kandydaci dużych partii, cieszących się poparciem na poziomie 30% (ale spoza dwójki największych partii), są na straconej pozycji. Wyraźnie było to widać w niedawnych wyborach w Wielkiej Brytanii. Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, która ma poparcie około 20% wyborców, zdobyła 1 (jeden) mandat w Izbie Gmin (na 650). 563 mandaty podzieliły pomiędzy siebie dwie główne partie: Partia Konserwatywna i Partia Pracy.

Podobnie jest we Francji, gdzie Front Narodowy ma 34% poparcia i… 2 posłów. Tam dwie główne partie, czyli Unia na rzecz Ruchu Ludowego i Partia Socjalistyczna, (które na co dzień ostro ze sobą walczą) zmawiają się ze sobą i w drugiej turze wspólnie popierają kandydata ścierającego się z kandydatem FN. Czy w Polsce byłoby możliwe, żeby PO i PiS zmówiły się ze sobą, żeby wspólnie zablokować kandydata partii KORWIN lub partii KUKIZ? Oczywiście: uważam to za pewne.

Jeśli wprowadzenie w Polsce większościowego systemu z jednomandatowymi okręgami, miałoby doprowadzić do stanu, że PO i PiS biorą razem prawie wszystko, to ja dziękuję za taką rewolucję. Już wolę stan dzisiejszy. Ale stan dzisiejszy nie będzie trwał wiecznie. Będzie ewoluował w kierunku… coraz gorszym. Już dziś przeciętny poziom intelektualny wśród posłów, nie jest przesadnie wysoki. Z wyborów na wybory będzie coraz niższy. Bowiem wodzowi partii, mądry poseł może tylko przeszkadzać. Może np. nie daj Boże, mieć własne zdanie. Wodzowi partii jest potrzebny poseł głupi, ale wiernie wykonujący polecenia. Siłą rzeczy tacy zaczną dominować.

Ordynacja większościowa z okręgami jednomandatowymi, zawsze prowadzi do dwubiegunowej sceny politycznej. W różnych krajach taki system sprawdzał się w przeszłości, gdy dwie dominujące partie miały przeciwstawne programy: jedna lewicowy, a druga prawicowy. Obecnie granice podziału ideowego pomiędzy partiami zatarły się. Te główne, wszędzie mają programy socjalne, etatystyczne i antywolnościowe, czyli socjalistyczne. Różnica jest tylko we frazeologii: u jednych jest konserwatywna i prawicowo-patriotyczna, u drugich postępowa i lewicowa. Ale po zdrapaniu cienkiej warstewki pustych frazesów, wyłazi socjalizm. A w takiej sytuacji system dwupartyjny jest zły i szkodliwy dla obywateli.

Podsumowując powyższe rozważania muszę stwierdzić, że nie wierzę w cudowną i ozdrowieńczą moc JOW-ów. Gdyby jednak doszło do referendum, to głosowałbym za JOW-ami. Bo uważam, że trzeba próbować coś zmienić. Nie można z góry zakładać, że się nie uda. Jeśli nic się nie zmieni, to będzie coraz gorzej. Będziemy tkwić w beznadziejnym marazmie i pozostanie nam tylko zgrzytanie zębami i rzucanie jobami.

11 komentarzy

  1. takiktoś 14/05/2015
    • Jan Adamski 14/05/2015
  2. Zbyszek 14/05/2015
    • Jan Adamski 14/05/2015
      • Zbyszek 15/05/2015
  3. mudur 26/05/2015
    • Maciej 17/07/2015
  4. Maciej 17/07/2015
    • Jan Adamski 17/07/2015
  5. s-jan-ewa 02/09/2015

Zostaw komentarz