Biznes radarowy

Każdy kto jeździ samochodem doskonale wie, że policjanci z radarem ustawiają się nie tam, gdzie jest niebezpiecznie, lecz tam gdzie najłatwiej złapać przekraczających prędkość. Czyli tam, gdzie ustawione znaki ograniczenia prędkości (lub ich brak – co na terenie miast oznacza ograniczenie do 50 km/h) przeczą wszelkiej logice. Zatem cała akcja kontroli prędkości jest zwykłym drenażem kieszeni kierowców i wspomaganiem budżetu, a nie akcją zmierzającą do poprawy bezpieczeństwa.

Ta prawda staje się coraz bardziej oczywista dla wszystkich. Obnaża ją m.in. artykuł w Interia.pl pt. ‚Uwaga! Policja ma wystawić co najmniej 1,68 mln mandatów!’ Dowiadujemy się z niego m.in.  o planie, który zobowiązuje policję do nałożenia, w 2015 roku, co najmniej 1.680.000 mandatów za przekraczanie prędkości. Oraz o tym, że do końca 2015 roku ma działać w naszym kraju 29 urządzeń do odcinkowego pomiaru prędkości. O jednym z takich urządzeń pisałem we wpisie Fiskalizm autostradowy. Na nowym odcinku autostrady A1 – supernowoczesnym i super bezpiecznym – zainstalowano takie urządzenie, o czym informuje stosowna tablica. A zaraz za nią ustawiono znak ograniczenia prędkości do 100 km/h. To ograniczenie nie ma żadnego uzasadnienia, oprócz chęci złupienia jak największej liczby kierowców. I trzeba powiedzieć, że jest to niezwykle prymitywny i chamski sposób w jaki państwo przejawia swoją wrogość wobec obywateli, nawet nie próbując zakamuflować swojej wrogości pod jakimś pięknym i słusznym hasłem.

Biznes radarowy, tak ochoczo rozwijany przez policję, różne inne służby, a także przez gminy, jest rodzajem haraczu ściąganego od obywateli, którym powodzi się nieco lepiej niż wynosi średnia krajowa (tacy obywatele posiadają samochody). Sklepikarzy i restauratorów obstawiła mafia, kierowców obstawiają służby państwowe.

2 komentarze

  1. Kewin 07/06/2015
  2. Zbyszek 07/06/2015

Zostaw komentarz