Księga zdziwień odc.11

Jeśli ktoś kupuje w Internecie bilety na koncerty, to zapewne zetknął się z przedziwnym systemem dystrybucji, jakby żywcem przeniesionym z epoki króla Ćwieczka i całkowicie ignorującym możliwości jakie daje sieć. Mam na myśli takie koncerty, na których są numerowane miejsca siedzące.

Zwykle organizator dużego koncertu zawiera umowy z kilkoma lub kilkunastoma dystrybutorami, którzy następnie sprzedają bilety klientom. Zwykle też bilety mają różne ceny, w zależności od sektora czy rzędu na widowni. I tu pojawia się moje pierwsze zdziwienie. Bowiem część dystrybutorów nie daje klientowi możliwości wyboru, lecz bilety mu przydziela! Tak, to nie pomyłka; to słowo rodem z PRL-owskiej gospodarki niedoboru jest dziś w użyciu. Jeśli ktoś nie wierzy może sprawdzić np. tutaj, gdzie agencja Rock-Serwis informuje: Klient zamawia bilet(-y) na miejsce(-a) w danej kategorii cenowej, a my przydzielamy bilet(-y) na najlepsze dostępne w danym momencie w sprzedaży miejsce(-a) w tej kategorii.’ Prawie jak w loterii. 

Część dystrybutorów oferuje jednak klientom wybór miejsc. Można przywołać obraz sali ze wszystkimi fotelami, gdzie widać które miejsca są wolne, a które nie. Klikając na te wolne dokonuje się chwilowej rezerwacji i następnie płaci się kartą, przelewem, PayPalem itp. Z pozoru jest to system idealny wykorzystujący w pełni możliwości jakie daje Internet. Z pozoru! Bo rzeczywistość jest nieco inna, co właśnie budzi moje zdumienie za każdym razem, gdy usiłuję kupić bilet.

Problem polega bowiem na tym, że dystrybutor biletów nie daje możliwości wglądu do całej puli biletów, a jedynie do tej jej części, którą dostał do dystrybucji. Bowiem, jak za króla Ćwieczka, organizator koncertu dzieli bilety na kilka/kilkanaście ‚kupek’ i przydziela je poszczególnym dystrybutorom. Klient, wchodząc do systemu takiego dystrybutora, widzi całą salę ze wszystkimi miejscami, ale jako wolne widzi tylko te, którymi dysponuje dany dystrybutor. Pozostałe miejsca widzi jako ‚sprzedane’. Więc klient najczęściej nie zdaje sobie sprawy z tego, że wchodząc do systemu innego dystrybutora miałby do wyboru inne miejsca, częstokroć lepsze. Moim zdaniem jest robiony w konia w perfidny sposób. Kupując bilety na kiepskie miejsca nie wie, że mógłby kupić znacznie lepsze u innego dystrybutora. Bo na ogół nie przychodzi mu do głowy, że w dzisiejszych czasach, system sprzedaży może być tak idiotycznie skonstruowany. Ja też tkwiłem długo w nieświadomości. Aż pewnego razu, gdy znałem dzień i godzinę rozpoczęcia sprzedaży biletów na jeden z koncertów, wszedłem na stronę dystrybutora kilka minut po uruchomieniu sprzedaży. I ze zdziwieniem stwierdziłem, że ponad 80% biletów jest wyprzedanych. Pozostały jakieś marne miejsca daleko od sceny i z boku. Pomyślałem, że to przecież niemożliwe! I zacząłem poszukiwania innych dystrybutorów. Okazało się, że u innych też większość miejsc jest wyprzedanych, ale wolne były zupełnie inne. W końcu trafiłem na takiego, u którego wolne były znakomite miejsca w 5 rzędzie, na samym środku. Od tego czasu szukam tak długo, aż trafię na satysfakcjonujące mnie miejsca. A jeśli nie trafię – to nie kupuję. Pozostaje mi wtedy jeszcze Allegro, gdzie wprawdzie nieco drożej, ale kupuję takie bilety, jakie mi odpowiadają. I za każdym razem dziwię się niezmiernie, dlaczego tak to działa.

Opisana powyżej polityka agencji koncertowych jest nie tylko idiotyczna, jest także niezwykle upokarzająca dla klientów. Działa tylko dlatego, że pozwalamy się upokarzać. W dodatku za niemałe pieniądze. Bilety na koncert zespołu Camel w Krakowie, które podałem powyżej jako przykład kosztują 199 zł. Były też droższe – po 249 zł, ale są już ‚wyprzedane’. Dodam, że jest więcej powodów do zdziwień, co do polityki różnych agencji koncertowych. W jednym z kolejnych odcinków napiszę o znanej agencji, która godzinę rozpoczęcia koncertu trzyma w tajemnicy i nie ujawnia jej nabywcom biletów. To nie jest dowcip. Naprawdę!

Zostaw komentarz