Bitwa o LOT

Pasjonująca bitwa rozegrała się właśnie o przyszłość spółki Polskie Linie Lotnicze LOT. Niestety nieco skryta przed oczami opinii publicznej, ale też dość wyraźna dla tych, którzy potrafią się zorientować w meandrach nowomowy. Interes polskich obywateli znów przegrał z interesem partii politycznej. A konkretnie z interesem Platformy Obywatelskiej, która w obawie o utratę kolejnych głosów w wyborach podjęła decyzję szkodliwą dla Polski.

Wiadomo od dość dawna, że LOT jako spółka państwowa nie ma szans na przetrwanie. To znaczy ma, ale pod warunkiem, że będzie zasilana co jakiś czas dotacjami z pieniędzy podatników. Tak przynajmniej było do tej pory, przy czym dotacje te miały zarówno formę jawną (pomoc publiczna zatwierdzona przez Komisję Europejską), jak i ukrytą (sprzedaż spółek zależnych LOT – funduszom państwowym po cenach nierynkowych). Za czasów PRL-u LOT był opanowany przez służby specjalne, które zresztą ostro ze sobą rywalizowały o obsadę najważniejszych stanowisk. To opanowanie przez służby nie zniknęło oczywiście wraz ze zmianą ustroju, lecz stopniowo ewoluowało i dziś ma dość skomplikowaną formę kohabitacji. Największym problemem LOT jest jednak siła związków zawodowych, które dotąd skutecznie blokowały jakiekolwiek formy restrukturyzacji i racjonalizacji kosztów. Niespodziewanym prezentem od losu okazał się spadek cen ropy naftowej, dzięki któremu spółka radykalnie zmniejszyła straty. Nie wiadomo jednak jak długo potrwa ta sielanka, więc jedynym rozwiązaniem byłoby znalezienie inwestora, który byłby gotów przejąć spółkę i wziąć za nią odpowiedzialność.

Przyznam się, że nie wierzyłem ani w możliwość przełamania władzy związków zawodowych, ani w skuteczną restrukturyzację, ani w możliwość znalezienia inwestora. Trzeba jeszcze pamiętać, że pierwsza i trzecia z wymienionych opcji są ze sobą ściśle związane: związki zawodowe są zdecydowanie przeciwne prywatyzacji LOT-u. I okazało się, że się myliłem w sprawie inwestora. Przecierałem oczy ze zdumienia, gdy dowiedziałem się, że do pomyślnego finału zmierzają rozmowy z funduszem inwestycyjnym Indigo Partners. Fundusz ten, specjalizujący się w inwestycjach lotniczych, (założony przez Williama Frankego – byłego szefa America West Airlines) odniósł kilka spektakularnych sukcesów. Niedawno został inwestorem węgierskiej spółki WizzAir, którą wprowadził na giełdę w Londynie. Wydawało się, że uda się to, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej było absolutną abstrakcją, czyli prywatyzacja LOT-u.

I być może wszystko by się udało, gdyby nie… zbliżające się wybory. Jak wiadomo partie populistyczne (takie jak np. PiS lub SP) zaszczepiły wśród większości Polaków przekonanie, że wszystko co państwowe – jest dobre, a wszystko co prywatne – złe. A największym złem jest wyprzedawanie obcemu kapitałowi, naszych skarbów narodowych, takich właśnie jak LOT. Lansując takie tezy, partie populistyczne wyrządzają oczywiście szkodę Polsce i Polakom, których jakoby chcą bronić i troszczyć się o ich los. Szkoda polega na tym, że nasz kraj rozwija się wolniej niż mógłby się rozwijać, gdyby większe były inwestycje i większy zakres wolności gospodarczej.  Zaś rozwój gospodarczy jest jedynym sposobem na polepszanie bytu obywateli. Ale tak to już jest z socjalistycznymi ideami: wyrządzają ludziom krzywdę pod hasłem dbania o ich los. Przecież Stalin, Mao, Pol Pot, Castro, Mugabe czy Chavez mieli wypisaną na sztandarach powszechną szczęśliwość obywateli!

A wracając do prywatyzacji LOT-u w kontekście zbliżających się wyborów. Rząd przeprowadził zapewne następujące rozumowanie: LOT nie jest spółką, która miałaby duże znaczenie w skali całej gospodarki. To, że przestanie obciążać podatników, zacznie się rozwijać, płacić podatki i dawać zatrudnienie będzie oczywiście bardzo pozytywne. Ale prywatyzacja LOT-u da asumpt do ataków na Rząd za ‚wyprzedawanie majątku narodowego’. A to może oznaczać utratę kolejnych głosów w wyborach. Więc lepiej zrezygnować z prywatyzacji. Gdy za rok lub dwa zajdzie potrzeba przerzucenia kolejnego miliarda z kieszeni podatników do LOT-u, to się przerzuci i będzie po kłopocie. Przynajmniej na kolejny rok lub dwa. I Rząd podjął decyzję o zaniechaniu prywatyzacji, kończąc tym samym tytułową bitwę o LOT.

Jest wiele osób, które uważają, że LOT-u nie należy prywatyzować. Boć to przecież nasza wizytówka, nasza duma narodowa. No i rozsławia imię Polski na całym świecie. To są oczywiście puste frazesy i np. Amerykanin, wychowany w kulcie zaradności i bogacenia się, nigdy nie zrozumie jak można być dumnym z firmy, która od wielu lat przynosi gigantyczne straty. Zaś w kwestii rozsławiania imienia Polski warto zwrócić uwagę, że dla osób anglojęzycznych, słowo lot oznacza dolęlos, ciągnięcie losów, a także działkę, parcelę i partię. Na czym ma polegać rozsławianie imienia Polski, doprawdy nie wiem. W dodatku LOT jest maleńką regionalną firmą (z punktu widzenia globalnego rynku lotniczego) więc prawdopodobieństwo, że ktoś na świecie ją zna i w dodatku kojarzy z Polską – jest znikome. Ale nawet krytycy prywatyzacji, którzy dla poparcia swoich tez używają argumentów hurapatriotycznych przyznają, że z punktu widzenia wyłącznie interesów spółki i jej dalszego rozwoju, jej przejęcie przez inwestora branżowego lub finansowego – byłoby korzystne. W świetle tego za wyjątkową hucpę należy uznać wczorajszą wypowiedź premier Ewy Kopacz, że ‚LOT to nasza wizytówka i chcę, by tak zostało, żeby zostało logo i żeby, jeśli jakiekolwiek ruchy będą wykonane, były korzystne dla tego polskiego przedsiębiorstwa’. Czyli, tłumacząc z nowomowy na zwykły język, pani premier poinformowała, że Rząd podjął decyzję niekorzystną dla LOT-u w głębokiej trosce o to, żeby kolejne decyzje były korzystne. Nic tylko paść na kolana i dziękować za przenikliwą mądrość naszego Rządu.

4 komentarze

  1. Jakub 20/08/2015
    • Jan Adamski 20/08/2015
  2. LadyM. 20/08/2015
    • Jan Adamski 20/08/2015

Zostaw komentarz