Przyczyna i skutek

Cała Europa żyje informacjami o imigrantach zalewających nasz kontynent. Głosy współczucia i nawoływania do pomocy nieszczęśliwym i zdesperowanym ludziom, mieszają się z żądaniami odgrodzenia się murem i nie wpuszczania obcych kulturowo i nastawionych agresywnie i roszczeniowo imigrantów z państw islamskich. Nie sposób nie zauważyć ogromu nieszczęścia tysięcy ludzi, którzy uciekają przed śmiercią, albo po prostu przed nędzną egzystencją bez perspektyw. Z drugiej strony nie można przymykać oczu na fakt, że islamscy emigranci nie integrują się ze społeczeństwami krajów, w których żyją. Tworzą enklawy żyjące głównie z zasiłków (na które zrzucają się płacący podatki autochtoni) i stanowiące potencjalne zagrożenie.  Dla Europejczyków trudny do zaakceptowania jest też fakt, że za kilkadziesiąt lat będą stanowić mniejszość w islamskiej Europie. Bo to, że tak się stanie – nie budzi najmniejszych wątpliwości; wystarczy spojrzeć na wskaźniki demograficzne, np. dzietność.

W gorącej dyskusji zwolenników i przeciwników szerokiego otwarcia Europy dla imigrantów, mało kto zadaje sobie pytanie o przyczynę obecnej ich wzmożonej fali. A przyczyna ta jest oczywista: jest nią polityka państw Zachodu w ostatnich kilkunastu latach, nakierowana na obalanie dyktatorów w państwach Afryki i Bliskiego Wschodu. Dopóki społeczeństwa Iraku, Libii, Egiptu, Syrii, Afganistanu czy Somalii tkwiły w żelaznym uścisku okrutnych tyranów, problem imigrantów był niewielki. Ale wtedy kraje demokratyczne pod przywództwem Stanów Zjednoczonych przypomniały sobie, że nie można pobłażać takim zwyrodnialcom jak Saddam Husain, Muammar Kaddafi, czy Baszar al-Asad i postanowiły ich obalić przywracając wolność udręczonym narodom i wprowadzając demokrację, która jak wiadomo jest wymarzonym ustrojem wyznawców islamu gdyż idealnie współgra z fundamentalnymi kanonami tej religii. To epokowe dzieło rozsiewania ziaren demokracji realizowane było przez wiele lat wielkim nakładem sił i środków.

Okrutny dyktator Saddam Husajn, zanim został mianowany okrutnym i krwawym dyktatorem, był sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w dziele osłabiania Iranu. Podpadł jednak zajęciem Kuwejtu w 1990 roku i od tego czasu CIA wielokrotnie próbowała go zamordować. Dwukrotnie (w 1998 i 2003) prawie się to udało: rakiety wystrzelone przez Amerykanów trafiły w budynki, w których przebywał Husajn. Sam dyktator jednak ocalał. Zdecydowana rozprawa nastąpiła w roku 2003. Polegała na ataku koalicji państw pod wodzą USA i Wielkiej Brytanii (w skład koalicji wchodziła też Polska) na Irak. Husajn został obalony, a w roku 2006 osądzony i stracony. Zajęcie Iraku przez wojska międzynarodowej koalicji nie było wbrew pozorom końcem, lecz początkiem prawdziwych kłopotów. W 12 lat od tamtych wydarzeń Irak jest w stanie wrzenia i permanentnej wojny domowej. Rocznie ginie tam około 5 tysięcy ludzi. Wielu ucieka przed wojną szukając schronienia w innych krajach.

Muammar Kaddafi rządził Libią przez 42 lata. Rządził twardą ręką, gdyż Libia jest sztucznym tworem postkolonialnym, w którego skład wchodzi wiele obszarów zamieszkanych przez ludność różniącą się tradycją i kulturą. To pozostałości dawnych plemion nastawionych wrogo do siebie. Chwilowo zjednoczyła je nienawiść do Kaddafiego, a państwa NATO udzieliły im wsparcia. W 2010 roku wybuchła wojna, w której siły wierne Kaddafiemu zostały pokonane, dzięki amerykańskim pieniądzom i NATO-wskiemu lotnictwu. Sam Kaddafi został zastrzelony. Z zaprowadzaniem demokracji w Libii jest już jednak znacznie gorzej. Cały czas trwa tam wyniszczający konflikt, który pochłania wiele ofiar. Ci, którzy mogą – uciekają, zasilając rzesze imigrantów.

Baszar al-Asad jest prezydentem Syrii od roku 2000. Ustrój panujący w Syrii trudno nazwać demokracją, ale odbywa się tam jednak coś w rodzaju wyborów. W wyborach prezydenckich w 2014 roku startowało nawet kilku kandydatów. Al-Asad wygrał uzyskując 88,7% głosów, przy – co warte odnotowania – 73-procentowej frekwencji. W związku z tym zarzut braku demokracji (stawiany zresztą al-Asadowi nazywanemu przez prasę zachodnią – dyktatorem) jest dość wątpliwy. Ale Baszar al-Asad ma inne wady, znacznie poważniejsze niż nieposzanowanie demokracji i gardzenie prawami człowieka. Mianowicie współpracuje politycznie i gospodarczo z Rosją i Iranem, a Izrael i Stany Zjednoczone uważa za wrogów. Więc jest oczywiste, że powinien zostać obalony w imię demokracji i praw człowieka. Dla wywiadu amerykańskiego, wywołanie zamieszek w kraju, gdzie jest 80% sunnitów, a elity rządzące wywodzą się z 15-procentowej mniejszości szyickiej, było dziecinną igraszką. Trudniejsze było spowodowanie, żeby uzbrojone przez Amerykanów oddziały sunnitów, światowa opinia publiczna postrzegała jako „ludność cywilną, która powstała przeciwko dyktatorowi”, ale to się w pełni powiodło.  Problem pojawił się wtedy, gdy owi powstańcy tak urośli w siłę, że zaczęli masowo mordować ludność niesunnicką (w tym chrześcijan, których jest w Syrii całkiem sporo), opanowali część terenów nie tylko Syrii ale też Iraku i ogłosili się Państwem Islamskim. Stany Zjednoczone bynajmniej nie pogodziły się wtedy z Asadem i nie wsparły go w celu zaprowadzenia porządku w kraju, lecz wręcz przeciwnie: obalają go nadal, tyle tylko, że teraz nieco innymi rękami. W wyniku okrutnej wojny dziesiątki tysięcy Syryjczyków nie ma innego wyjścia, tylko uciekać. Do Stanów Zjednoczonych nie dotrą, ale Europa jest w ich zasięgu. Więc napływają i będą napływać. Z opublikowanego w tym tygodniu raportu oenzetowskiej komisji do spraw uchodźców wynika, że do Europy dotarło już w tym roku ponad 300 tysięcy uchodźców. Do końca roku będzie ich pół miliona. A w przyszłym roku znacznie więcej. Europa musi sobie z tym problemem poradzić. Bo na to, że Stany Zjednoczone zmienią swoją politykę – nie ma co liczyć.

3 komentarze

  1. mirek 10/09/2015
  2. teeoth 10/09/2015
  3. marianno 14/09/2015

Zostaw komentarz