Zalążek przyszłej koalicji PiS – PO

Coraz więcej wskazuje na to, że po wyborach będziemy mieć koalicję PiS – PO. Już obecnie partie te prawie nie różną się programowo stawiając na maksymalizację kontroli państwa nad gospodarką oraz nad obywatelami, umacnianie własności państwowej i tłamszenie prywatnej (ekstra podatki nakładane na banki i sieci handlowe), narzucanie jednej – jedynie słusznej i czarno-białej – wizji świata, w której sojusznicy i wrogowie są arbitralnie mianowani w oparciu o emocje, natomiast w całkowitym oderwaniu od długofalowych interesów Polski. Niestety droga wytyczana przez POPiS to droga do zapaści gospodarczej, urzędniczej wszechwładzy, polowań na czarownice, wzrostu obciążeń podatkowych i zadłużenia państwa. Młode pokolenie Polaków ma przechlapane! Znaczna jego część zapewne opuści nasz kraj, co jeszcze spotęguje problemy. Obraz przyszłości wygląda niezwykle ponuro.

Refleksje te naszły mnie, gdy przeczytałem w Bankier.pl, artykuł na temat uzdrowienia górnictwa. Okazuje się, że pomysły PiS-u i PO na tę kwestię są identyczne. I nie chodzi oczywiście o żadne uzdrowienie górnictwa, tylko o jego przyłączenie do spółek energetycznych. Ponieważ na rynku energii w Polsce panuje oligopol kilku państwowych gigantów, zatem zarówno PiS jak i PO przyjmują, że ceny energii będzie można przez dziesiątki lat kształtować na dowolnie wysokim poziomie, co pozwoli sfinansować nierentowne górnictwo. Muszę przyznać, że takie rozumowanie jest całkiem logiczne i ma jeden duży plus. Niestety ma też jeden, już nie to, że duży, ale ogromny, minus. Plusem jest to, że politycy będą mieli przez wiele lat swój ukochany ‚spokój społeczny’. Górnicy będą fedrować, brać swoje trzynaste, czternaste i piętnaste pensje i przechodzić na emerytury w wieku 45 lat. Zaś ceny energii będą rosły, rosły, rosły… I to jest właśnie minus. Bowiem przemysł zacznie powoli upadać, obciążony kosztami energii znacznie wyższymi niż w innych krajach. Zacznie się od problemów hutnictwa, które stanie się w Polsce nierentowne. Za hutnictwem pójdą inne gałęzie, co spowoduje recesję i ogromne problemy budżetowe. A wiadomo, że na recesję politycy mają wspaniałą receptę: stymulowanie gospodarki. Do tego są potrzebne pieniądze, których będzie przecież w budżecie brakować.  Na szczęście pomocną dłoń wyciągną wielkie instytucje finansowe, które chętnie pożyczą na jakiś rozsądny procent.

A wracając do tytułu wpisu. W artykule z Bankiera, na który się powołuję, jest nagranie z wypowiedzią Piotra Naimskiego. To on będzie szefem nowego superministerstwa, którego utworzenie zapowiedział Jarosław Kaczyński – ministerstwa energetyki. Jego wypowiedź brzmi niezwykle złowieszczo, bowiem zapowiada on nie tylko połączenie górnictwa z energetyką, ale także inwestycje na gigantyczną skalę, polegające na zastąpieniu wysłużonych bloków energetycznych – nowymi. Znamienne, że używa sformułowania MY! MY zbudujemy, MY zainwestujemy, MY spowodujemy… My, czyli państwo, my, czyli podatnicy. Bo o jakiejkolwiek prywatyzacji nie ma oczywiście mowy. W podobnym duchu, choć z innymi akcentami, jest utrzymana wypowiedź Andrzeja Czerwińskiego, obecnego ministra skarbu. On także jest zaprzysięgłym wrogiem prywatyzacji. Czyż to nie piękny zalążek nowej koalicji?

Wielokrotnie już o tym pisałem, ale przypomnę po raz kolejny. Uważam, że jedynym sposobem na uratowanie polskiego górnictwa jest jego prywatyzacja. Bowiem górnictwo potrzebuje dwóch rzeczy: inwestycji i zmiany organizacji wydobycia. Obydwie są poza możliwościami państwowego właściciela. Inwestycje, ponieważ brak na nie środków (chodzi o od 1 do 3 miliardów złotych na każdą kopalnię), a zmiana organizacji wydobycia, ponieważ nie pozwolą na to związki zawodowe. Zadziwiające, że politycy nie wyciągają wniosków z przypadku kopalni Silesia. Była ona głęboko nierentowna (100 mln zł rocznych strat), bez nadziei na zmianę tego stanu rzeczy, więc została przeznaczona do likwidacji. Znalazł się jednak prywatny inwestor gotów w nią zainwestować (czeski koncern EPH). Kopalnia została sprzedana, a nowy właściciel zainwestował w nią gigantyczne pieniądze (około 1 mld złotych), zmienił organizację wydobycia i… podwoił zatrudnienie. Dziś kopalnia przynosi zyski, pomimo fatalnej koniunktury na węgiel i jego niskich cen. Przecież tak samo może być z każdą z pozostałych kopalń. Właściwie nie tak samo: lepiej. Bo żadna inna kopalnia nie ma aż tak wielkich strat, jakie miała Silesia. Potrzeba tylko politycznej woli i wyzwolenia się spod panowania szkodliwej, socjalistycznej doktryny. Przyszła koalicja PiS-PO niestety nie będzie do tego zdolna. Pchanie Polski ku przepaści nabierze za to tempa.

Zostaw komentarz