Nakłady na służbę zdrowia

Minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł właśnie ogłosił, że chce, aby wydatki na służbę zdrowia w Polsce wzrosły do 6% PKB. Minister Radziwiłł jest już drugim ministrem (po Mateuszu Morawieckim, o czym pisałem tutaj), który stawia sobie ambitny plan osiągnięcia wskaźników, które… już dawno zostały osiągnięte. Bowiem obecnie Polacy wydają na służbę zdrowia około 6,6% PKB, czyli około 120 miliardów złotych. Ale na tę kwotę składają się wszystkie wydatki na służbę zdrowia, czyli:

  1. wydatki na państwową służbę zdrowia, czyli budżet NFZ,
  2. koszty ponoszone na leki,
  3. prywatne ubezpieczenia medyczne (często opłacane przez pracodawców),
  4. prywatne wizyty lekarskie (w tym stomatologiczne),
  5. instrumenty rehabilitacyjne,
  6. łapówki dla lekarzy.

Zapewne minister nie miał na myśli wydatków na służbę zdrowia w ogóle, lecz myślał o budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia, czyli o wydatkach na państwową służbę zdrowia. Ministrowie mają bowiem to do siebie, że nie myślą kategoriami państwa (a już w żadnym wypadku kategoriami narodu), lecz kategoriami budżetu. Istotnie, wydatki na państwową służbę zdrowia wynoszą dziś około 70 miliardów złotych, co stanowi jakieś 3,9% PKB. Jeśli jest tak jak myślę, to pan Konstanty Radziwiłł postuluje po prostu zwiększenie podatku, zwanego eufemistycznie, składką zdrowotną, w taki sposób, żeby podnieść budżet NFZ do 108 miliardów (6% PKB). Byłby to wzrost o 54,3% i zdaniem pana ministra uzdrowiłby raz na zawsze polską służbę zdrowia. A moim zdaniem nic by nie uzdrowił, ponieważ państwowa służba zdrowia jest w stanie zmarnotrawić każde środki, bez względu na ich wielkość.

Ale warto się zastanowić, co to znaczy zwiększenie składki zdrowotnej oraz kogo to zwiększenie składki dotknie, a kogo – nie. Otóż składkę zdrowotną płacą (jako procent od wynagrodzenia) tylko zatrudnieni na umowę o pracę i umowę-zlecenie, oraz przedsiębiorcy – w zryczałtowanej wysokości. Płacą ją też rolnicy posiadający ponad 6 ha gruntów rolnych, ale w humorystycznej wysokości 1 zł za hektar (powyżej 6 ha). Za bezrobotnych, składkę zdrowotną opłaca Urząd Zatrudnienia, czyli… budżet. Tak więc epokowy pomysł ministra Radziwiłła sprowadza się do tego, żeby stosunkowo nieliczna grupa obywateli wzięła na siebie ciężar sfinansowania zwiększonych wydatków na państwową służbę zdrowia. To nawet da się stosunkowo łatwo policzyć: składka zdrowotna musiałby wzrosnąć z dzisiejszych 9%, do około 14 – 15%.

Warto też wiedzieć, jaki byłby wpływ tak powiększonej składki, na kwotę netto wynagrodzenia. Oczywiście wpływ byłby różny, dla różnych wielkości wynagrodzenia. Do mojej analizy wziąłem pod uwagę medianę, czyli taką wysokość wynagrodzenia, która dzieli wszystkich zatrudnionych Polaków na dwie równe grupy: połowa zarabia mniej, a druga połowa dokładnie tyle lub więcej. Ta mediana wynosi dziś 2.900 zł miesięcznie brutto, czyli około 2.000 zł netto. I gdyby założyć podniesienie składki zdrowotnej do postulowanej przez ministra Radziwiłła, to wyniosłaby ona (od wynagrodzenia na poziomie mediany) 375 zł, zamiast dzisiejszych 220 zł. I ta podwyżka zmniejszyłaby wynagrodzenie netto pracownika o równe 100 zł. Czyli zamiast dzisiejszego wynagrodzenia 2.000 zł netto, otrzymywałby 1.900 zł.

Ot i skutek genialnego pomysłu ministra zdrowia. Na zdrowie!

Zostaw komentarz