Maxophone

W roku 1975 wydawało się, że włoski rock progresywny najlepsze lata ma już za sobą; najważniejsze płyty tego nurtu ukazały się w latach 1971 -1973. I oto niespodziewanie, w roku 1975, ukazała się pierwsza płyta nieznanego zespołu z Mediolanu – Maxophone. Jak się później okazało – płyta jedyna. Była to płyta niezwykle dojrzała, starannie zaaranżowana i po mistrzowsku wykonana, pełna subtelnych pomysłów melodycznych i choć mocno osadzona w rocku, to jednak sięgająca do doświadczeń jazzu i muzyki klasycznej. Prawdziwe arcydzieło. Gdyby ukazała się trzy lata wcześniej, to zespół Maxophone stałby się bez wątpienia jedną z najpopularniejszych włoskich kapel. Ale w roku 1975 następował już odwrót masowej publiczności od skomplikowanego i trudnego w odbiorze progrocka, ku prostym rytmom i prymitywnym piosenkom spod znaku Sex Pistols. Płyta Maxophone nie stała się bestsellerem mimo, że wydana została jej wersja anglojęzyczna, która była dystrybuowana w Niemczech, a także w USA i Kanadzie. I mimo, że wydana była w pięknej, rozkładanej okładce z intrygującą grafiką. W roku 1976 grupa wystąpiła na prestiżowym festiwalu Montreux Jazz Festival, a w 1977 próbowała podtrzymać swoją egzystencję wydając singiel z kiepskimi piosenkami odległymi od progrocka, za to bliskimi popowi. W tymże 1977 roku została rozwiązana.

Maxophone: Sergio Lattuada, Roberto Giuliani, Leonardo Schiavone, Maurizio Bianchini, Alberto Ravasini, Sandro Lorenzetti

Grupa Maxophone była z wielu względów nietypowa. Po pierwsze liczyła aż 6 członków, co było rzadkie w rockowych kapelach. Ponadto trzech z nich miało wyższe wykształcenie muzyczne, oczywiście klasyczne. Te fakty nie mogły się nie odbić na brzmieniu. I rzeczywiście było ono bardzo bogate, z wykorzystaniem takich instrumentów, jak: wibrafon, harfa, obój, waltornia, flet czy saksofon. Przy czym nie było w nim za grosz chaosu; aranżacje były bardzo staranne (bez wątpienia to zasługa klasycznie wykształconych muzyków) i przemyślane. Nawet partie instrumentalne, które przywodzą na myśl jazzowe improwizacje, są bardzo dokładnie zaplanowane i umieszczone w swoich ramach. Jak napisałem powyżej płyta nie odniosła sukcesu komercyjnego w czasie, gdy została wydana. Ale wielki sukces odniosła… 20 lat później. Na fali wzmożonego zainteresowania rockiem progresywnym z lat 70-tych, została odkryta przez nowych fanów i dość powszechnie uznana za arcydzieło. Zasłużenie! W roku 2006 ukazał się album DVD+CD zawierający nagrania telewizyjne i radiowe zespołu z lat 1973 – 1975: Maxophone From Cocoon to Butterfly. W 2006 roku Maxophone znów pojawił się na scenie. W skład nowej grupy wchodziło dwóch członków oryginalnego składu oraz trzech dodatkowych muzyków. Grupa, choć sprawna warsztatowo, ograniczała się do odgrywania utworów sprzed lat, koncertując głównie w Japonii. Jeden z takich koncertów został udokumentowany na płycie Maxophone Live in Tokyo.

Już pierwszy utwór na płycie: C’è un paese al mondo, porywa swoją melodyką, doskonałą konstrukcją i bogactwem brzmienia. Zaczyna się od dźwięków fortepianu, które przywodzą na myśl sonaty fortepianowe Scarlattiego. Jednak klimat muzyki klasyczno-romantycznej pryska, gdy włącza się sfuzzowana gitara ze swoimi agresywnymi dźwiękami. Gitara i fortepian prowadzą ze sobą dialog, a właściwie kłótnię, ale milkną gdy do akcji wkracza obój, który podaje główny temat utworu. Zaraz po nim rozpoczyna się piosenka śpiewana najpierw tylko z fortepianem. Później włączają się inne instrumenty, a brzmienie zbliża się do klasycznego hard-rocka. Ale gdy tylko wybrzmiewają słowa pierwszej zwrotki, radykalnie zmienia się klimat i tempo utworu. Sekcja rytmiczna, zdominowana przez kontrabas, gwałtownie przyspiesza, a na jej tle słyszymy solówkę na oboju. Piękną. Po czym następuje kolejna niespodzianka: włączają się smyczki, zaś sekcję rytmiczną reprezentuje samotny bęben basowy wybijający pojedyncze uderzenia. I na tym tle, rewelacyjny popis daje waltornia. To najpiękniejszy fragment utworu, a może i całej płyty. Gdy waltornia kończy swoją solówkę, zespół postanawia nam przypomnieć, że jest jednak zespołem rockowym: włącza się elektronika i ostra gitara, która wykonuje efektowną solówkę. Pojawia się główny temat utworu i wraca wokal z drugą zwrotką piosenki, która kończy cały utwór. Masa wrażeń i bogactwo muzycznych pomysłów, a wszystko w ciągu niespełna 7 minut. Rewelacja! Ten utwór zespół wykonuje na filmie, który wklejam na końcu. Nagrania dokonano w roku 1976 dla telewizji RAI. Wersja telewizyjna różni się nieco od wersji płytowej, którą starałem się opisać powyżej.

Drugi utwór – Fase – jest w całości instrumentalny i nawiązuje klimatem do bluesa, a zaczyna się od solówki gitarowej. Po niej wkracza obój, któremu wyraźnie przypisano rolę uspokajacza i podawacza tematów, ale jego spokojne dźwięki zostają przerwane przez przyspieszającą sekcję rytmiczną (zmiana tempa utworu w trakcie jego trwania, to jeden z charakterystycznych wyróżników progrocka), która wprowadza solówkę na saksofonie. Czujemy się jak na koncercie jazzowym, ale dość krótko, bo już po chwili ponownie zmienia się tempo, bas gra miękko, a perkusja dyskretnie i na tym tle rozwija się solówka na… wibrafonie. A właściwie chciałoby się powiedzieć: na cymbałkach, bowiem w użyciu są wyłącznie płytki najwyższej oktawy. Brzmi to bardzo efektownie. Później do akcji wkracza gitara, która wydaje ostre, świdrujące dźwięki, na chwilę tylko ustępując miejsca fletowi, który dla kontrastu, gra niezwykle miękko (nawet jak na flet). Gdy gitara milknie następuje przyspieszenie tempa, sekcja rytmiczna nabiera jazzowego feelingu i wtedy… utwór zostaje gwałtownie wyciszony. Najwyraźniej nagranie było dłuższe, ale zostało brutalnie okrojone ze względu na pojemność płyty. Szkoda, ale i tak utwór Fase trzeba zaliczyć do bardzo udanych.

Utwór Al mancato compleanno di una farfalla to melodyjna piosenka podzielona na dwie części: akustyczną i elektryczną. Poprawna, ale nie robi już takiego wrażenia, jak dwa poprzedzające ją utwory. Z kolei zamykający pierwszą stronę winyla Mercanti di pazzie, to sztandarowa piosenka albumu; bez wątpienia najbardziej znana, ale to tylko piosenka, bez instrumentalnych i aranżacyjnych fajerwerków. W jej końcówce słyszymy jakby dalekie echa Pink Floyd z okresu Wish You Were Here.

Druga strona winyla wita nas ostrym gitarowym graniem i dużą dawką wokalu. Utwór Elzewiro to w głównej mierze popis gitarzysty, który w środkowej części utworu gra swoją najlepszą solówkę. Jednak, jak na mój gust, w utworze jest zdecydowany nadmiar wokalu, który nie daje dużych szans instrumentalistom. Z kolei utwór Antiche conclusioni negre jest oparty na bardzo chwytliwym i wpadającym w ucho motywie. Na jego bazie zespół znów daje pokaz swoich możliwości aranżacyjnych i wykonawczych. Tym niemniej wokal znów przytłacza i dopiero w drugiej części pojawiają się wyśmienite smaczki instrumentalne, zmiany tempa i łączniki wykonywane przeważnie przez obój. Pojawiają się też doskonałe solówki na saksofonie i gitarze. W pewnym momencie główny motyw utworu zamienia się w nieuporządkowany hałas, który po chwili milknie, by ustąpić miejsca kościelnym organom i chórowi, też rodem z kościelnych uroczystości. Utwór Il Fischio del vapore to prosta piosenka o chwytliwej linii melodycznej. Zwraca na siebie uwagę głównie dzięki syntezatorowej solówce na końcu. Choć klimat jest zupełnie inny, to sama konstrukcja (prosta piosenka plus syntezatorowa coda) kojarzy mi się z Lucky Man grupy Emerson, Lake & Palmer. W ostatnim utworze płyty – Cono di gelato – akustyczno balladowy początek każe się spodziewać popu spod znaku festiwalu w San Remo. Ale nagle pojawiają się doskonałe solówki na saksofonie i fortepianie elektrycznym, które ratują całość. Niestety znów mamy wyciszenie w chwili, gdy odnosimy wrażenie, że muzycy się dopiero rozkręcają.

Taka jest ta płyta, uważana za jedną z najlepszych w historii włoskiego rocka progresywnego. W owym czasie było w zwyczaju, że ambitne zespoły usiłowały nagrywać skomplikowane, ambitne kawałki, zaś wytwórnie płytowe zmuszały je do nagrywania popowych piosenek. Powstawały mieszanki, które były wynikiem kompromisu i które znamy dziś jako ostateczne dzieła. Jak by wyglądały, gdyby zespoły miały swobodę twórczą? Tego się nigdy nie dowiemy. Odnoszę jednak wrażenie, że zespół Maxophone stać było na jeszcze więcej.

Płyta Maxophone, której okładkę trzymam w ręku, nie pochodzi z roku 1975. To reedycja wydana przez wydawnictwo Akarma w roku 2001. Sama płyta jest doskonałej jakości tłoczeniem, na grubym, ciężkim winylu.

Zostaw komentarz