Wojna o demokrację

Wojna, jaka by nie była, zawsze niesie ze sobą śmierć i zniszczenie.

Jak powszechnie wiadomo polityka jest grą interesów, zaś wojna jest kontynuacją polityki, tyle tylko, że prowadzoną innymi środkami. Tak przynajmniej twierdził Carl von Clausewitz, pruski teoretyk wojny, generał i pisarz, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku. Na przestrzeni dziejów wojny toczyły się o nowe terytoria, wpływy, surowce, dostęp do wody itp. ale częste były także wojny ideologiczne, zwykle na podłożu religijnym. W ostatnich kilkudziesięciu latach, dosłownie na naszych oczach, pojawiły się nowe typy wojen: wojna o pokój i wojna o demokrację. Ich cechą charakterystyczną jest to, że zanim przerodzą się w konflikty zbrojne, mogą przez długie lata pozostawać w formie embrionalnej, zwanej walką o pokój lub walką o demokrację. Na przykład państwo polskie toczy od lat, tyleż zaciętą co bezsensowną, walkę o demokrację na Białorusi. Zamiast rozwijać handel, inwestować, dbać o interesy niemałej polskiej mniejszości, czy eksportować naszą kulturę, przyjęliśmy metodę konfrontacji. Zaś powodem tej konfrontacji jest fakt, że nie podoba nam się sposób w jaki swoją władzę sprawuje prezydent Białorusi. Konfrontacja ta, do której udało nam się nawet przekonać Unię Europejską, zmusiła Białoruś do coraz silniejszych więzów z Rosją, co jest sprzeczne z naszymi narodowymi interesami. I to jest właśnie inna charakterystyczna cecha większości walk i wojen o pokój i demokrację: osiąga się cele odwrotne od tych, które się zakładało. Na szczęcie nasza walka o demokrację na Białorusi nie przerodziła się w konflikt zbrojny i miejmy nadzieję, że nigdy się w taki nie przerodzi. Ale szkody, jakie dla naszych interesów wynikają z silnego związania się Białorusi z Rosją, wydają się nieodwracalne. Przynajmniej na kilkadziesiąt lat.

Sygnał do wojny o demokrację dają przeważnie amerykanie, którzy w pewnym momencie uznają, że jakiś ohydny dyktator tak gnębi swój naród, że nie można już tego ścierpieć. Trzeba koniecznie dyktatora obalić i wprowadzić demokrację. Zaraz później przez media całego postępowego świata przetacza się fala krytyki pod adresem dyktatora oraz fala współczucia dla ciemiężonego narodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, prawie natychmiast okazuje się, że ów naród właśnie powstał przeciwko dyktatorowi i bezbronni cywile, dotąd bierni i apatyczni, zaczynają atakować reżymowe wojska, wierne dyktatorowi. Jak to jest w zwyczaju cywilów, atakują głównie przy pomocy ciężkiej artylerii i moździerzy. Cały cywilizowany świat popiera oczywiście bezbronnych cywilów, a kraje miłujące pokój i demokrację wspierają ich finansowo i militarnie. Wsparcie militarne może mieć różne formy. Od inwazji lądowej (jak to miało miejsce w Iraku), poprzez ataki lotnictwa na pozycje reżymowe (jak to miało miejsce w Libii), aż do dostarczania uzbrojenia i szkolenie wojskowe (jak to ma miejsce w Syrii). Niestety przeważnie okazuje się, że ten genialnie prosty, dwupunktowy plan (obalenie dyktatora i wprowadzenie demokracji) załamuje się po zrealizowaniu punktu pierwszego. Wojna o demokrację zamienia się w wojnę domową o władzę, wpływy i pieniądze. Cywilizowany świat niespecjalnie się interesuje takimi wojnami, więc spokojnie pustoszą one kraje, wyganiając z nich miliony uchodźców. Cywilizowany świat ma już wtedy nowego dyktatora na celowniku i kolejną wojnę o demokrację.

Wojna o demokrację w Syrii przebiegała początkowo według schematu przedstawionego powyżej. Ale pojawiły się skutki uboczne, które zmusiły postępowy świat do dokonania drobnych przewartościowań. Pierwszym skutkiem ubocznym było niebywałe wzmocnienie się Państwa Islamskiego, którego bojownicy zostali przez Amerykanów wyszkoleni i wyposażeni w pieniądze i broń, w tym broń ciężką. Rzecz jasna podczas szkolenia i wyposażania przez Amerykanów występowali nie jako bojownicy Państwa Islamskiego, lecz jako bojownicy opozycji anty-Asadowskiej. A później było już za późno, gdy opanowali pół Syrii i pół Iraku. Drugim skutkiem ubocznym było wmieszanie się Rosji do konfliktu, oczywiście po stronie sił wiernych prezydentowi Asadowi. Sprawa byłaby prosta, gdyby w Syrii stały naprzeciwko siebie dwie siły; wtedy jedną można by mianować dobrą, drugą złą i wszystko byłoby klarowne. Ale w Syrii ściera się wiele różnych sił, które przeważnie walczą nawzajem ze sobą, ale też niekiedy zawierają sojusze, żeby wspólnie walczyć z innymi. Te główne siły to:

  1. Państwo Islamskie, którego oficjalnym celem jest ustanowienie Kalifatu na terenie całego Bliskiego Wschodu, ale tak naprawdę celem jest niszczenie mordowanie i rabowanie dla samej radości niszczenia, mordowania i rabowania;
  2. Front on-Nusura, czyli syryjski odłam Al-Kaidy – sunniccy fanatycy religijni dążący do wprowadzenia szariatu, którzy walczą zarówno z wojskami syryjskimi, jak i z Państwem Islamskim;
  3. Wolna Armia Syrii – wspierani przez Amerykanów utopiści, którzy wierzą, że wystarczy obalić dyktatora, aby zapanował spokój, ład i porządek;
  4. Irańscy Strażnicy Rewolucji – szyiccy fanatycy religijni wspierający prezydenta Assada, ale dążący do wprowadzenia szariatu. Ich głównym wrogiem jest Front on-Nasura, który… też dąży do wprowadzenia szariatu tyle, że sunnickiego;
  5. Siły kurdyjskie, które są zwalczane przez wszystkich pozostałych, a dodatkowo jeszcze przez Turcję. Walczą o przeżycie narodu Kurdów, przez wszystkich zgodnie tępionego.
  6. Armia syryjska, czyli siły wierne prezydentowi Asadowi.

Gdy coraz więcej ludzi zaczęło się orientować, że podział w Syrii nie przebiega według prostego schematu: zły dyktator – dobrzy wszyscy, którzy z nimi walczą, nawet Amerykanie musieli dokonać rewizji swojego stanowiska. I oto mamy pierwsze jaskółki tej rewizji, czy raczej przewartościowania. Np. w portalu Interia.pl ukazał się artykuł (datowany na 28 marca 2016 r.)  zatytułowany Syryjskie siły odniosły w Palmirze strategiczne zwycięstwo. Już sam tytuł jest nie lada sensacją: wojska prezydenta Asada zostały nazwane ‚syryjskimi siłami’. Tego nie było dotąd w mediach głównego nurtu w Polsce. Wszystko wskazuje na to, że Amerykanie zdecydowali się pogodzić z myślą, że prezydent Asad nie jest żadnym okrutnym satrapą, lecz najzwyczajniej prezydentem Syrii i jedynym, który jest w stanie zaprowadzić i utrzymać porządek w tym zapalnym regionie. Wniosek to skądinąd bardzo słuszny, ale zapewne musi minąć jeszcze trochę czasu zanim uzyska powszechną akceptację. Na razie zdecydowany opór stawiają Francuzi.

Ciekawe czy amerykańska dyplomacja ogłosi, że wojna o demokrację w Syrii została wygrana? Być może tak, boć przecież prezydent Baszar Hafiz al-Asad został wybrany na swój urząd głosami 97,6% wyborców. Demokratycznie? No prawie…

Jedna odpowiedź

  1. Józef 03/04/2016

Zostaw komentarz