Niewesołe prognozy

Nieco ponad dwa miesiące temu, Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) przygotowała raport na temat największych wyzwań stojących przed Polską w ciągu kilkudziesięciu najbliższych lat (można się z nim zapoznać tutaj). Raport jest w swej wymowie niezwykle pesymistyczny; na tle innych krajów, które też mają prognozy niepomyślne, Polska wypada słabo, wręcz beznadziejnie. A w niektórych obszarach czeka nas autentyczna katastrofa. Z tego wszystkiego najbardziej optymistyczny jest tytuł, jaki nadałem wpisowi. Bo tak naprawdę zamiast: Niewesołe prognozy, powinienem był napisać: Fatalne prognozy, lub coś jeszcze bardziej dosadnego.

Największa katastrofa czeka nas w demografii. Jak pokazuje powyższy wykres, liczba ludności w wieku produkcyjnym spadnie u nas w stopniu największym spośród wszystkich krajów OECD, bo aż o 40%. Jeśli ten wskaźnik nie działa odpowiednio mocno na wyobraźnię to dodam, że tzw. współczynnik zależności, czyli stosunek osób w wieku poprodukcyjnym, do osób w wieku produkcyjnym zwiększy się z około 33% dzisiaj, do 90% w roku 2060. Czyli, o ile dzisiaj jednego emeryta musi utrzymać trzech pracujących (co skutkuje koniecznością bardzo wysokich podatków), to w roku 2060 każdy pracujący będzie musiał utrzymać (prawie) jednego emeryta. To jest wizja dostatecznie przerażająca, ale moim zdaniem będzie jeszcze gorzej. Bowiem wydaje mi się, że w raporcie OECD popełniono dwa błędy. Po pierwsze założono, że wiek przechodzenia na emeryturę będzie wynosił 67 lat dla kobiet i mężczyzn (taki był stan prawny na dzień sporządzania raportu). Po drugie nie wzięto pod uwagę, że w Polsce będziemy mieli prawdopodobnie do czynienia z masową emigracją młodych, co najmniej taką jak ta, która w latach 2004 – 2013 wymiotła z kraju 2 miliony ludzi. Więc tak naprawdę na jednego pracującego wypadnie, za 45 lat, półtora emeryta! Ale tylko teoretycznie, bo system zawali się już wcześniej, a szerząca się nędza i desperacja ludności pociągną za sobą niewyobrażalne skutki.

Prognozując zadłużenie Polski jako procent PKB, raport OECD poszedł na łatwiznę i po prostu przedstawił cztery różne warianty, w tym jeden humorystyczny. Wariant humorystyczny pokazuje spadek zadłużenia i jest oparty na pobożnych życzeniach naszego rządu. Pozostaje oczywiście w całkowitej sprzeczności z polityką rządu (nowe zasiłki, obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku, tłamszenie prywatnego biznesu, rozrost biurokracji, dopłaty do państwowych przedsiębiorstw itp.) i nie może być brany pod uwagę na poważnie. Pozostałe warianty zakładają już wzrost zadłużenia, co wydaje się zresztą oczywiste dla obserwatora naszej sceny politycznej. Trzeba też mieć na uwadze, że wystarczy niewielkie nawet spowolnienie gospodarcze (co nas nieuchronnie czeka w najbliższych latach), żeby wykres wystrzelił do góry. Około roku 2019 – 2020 przekroczona zostanie konstytucyjna bariera zadłużania wynosząca 60% PKB. To jest nieuchronne i tu, przy okazji, kryje się odpowiedź na pytanie, do czego potrzebna jest tak naprawdę zmiana konstytucji, którą zapowiada i do której dąży partia obecnie rządząca. Zostało im niewiele czasu.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zmiana konstytucji i dalszy wzrost zadłużenia (przy rosnącym deficycie budżetowym), rzeczywiście pozwolą na podtrzymywanie obecnego systemu o kilka, może nawet kilkanaście, lat. Za to skutki katastrofy, która później nastąpi będą znacznie bardziej bolesne, a czas wychodzenia z niej – znacznie dłuższy.

Inne wykresy też raczej optymizmem nie napawają. Powstaje pytanie, czy ten trend  można odwrócić i katastrofy uniknąć? Teoretycznie można, ale żeby to osiągnąć, rządzący musieliby przestać schlebiać najmniej rozumnej części społeczeństwa i zacząć podejmować decyzje, które w pierwszej fazie po ich wprowadzeniu w życie, byłyby bolesne dla wielu grup interesów. Dopiero w dłuższej perspektywie przyniosłyby pożytek wszystkim. I które potrafiłyby wyzwolić entuzjazm wśród obywateli i ich wiarę w lepsze jutro, które można osiągnąć własnym wysiłkiem i rzetelną pracą. Mówiąc innymi słowami politycy musieliby się przemienić z dzisiejszych cwaniaczków walczących zajadle o dostęp do koryta – w mężów stanu. Czy ktoś wierzy, że tak się może stać? Ja nie wierzę.

Tags:,

Zostaw komentarz