Symboliczny koniec prywatyzacji

Warto zapamiętać tę datę: 25 lipca 2016 roku rząd podjął uchwałę o likwidacji Ministerstwa Skarbu Państwa. Uważam to za symboliczny koniec prywatyzacji. Nie chodzi oczywiście o urząd, bo kompetencje obecnego MSP zostaną rozdzielone do kilku innych resortów, a ponadto powstanie całkiem nowy urząd, który przejmie pozostałe kompetencje. W wyniku tego, liczba urzędników z całą pewnością wzrośnie a nie zmaleje, więc znów podatnicy za to zapłacą. Chodzi o pewien symbol, bowiem Ministerstwo Przekształceń Własnościowych, przemianowane później na Ministerstwo Skarbu Państwa, odgrywało bardzo istotną rolę w procesie przechodzenia od będącej w ruinie gospodarki socjalistycznej, do gospodarki wolnorynkowej. Ten proces udał się nam nie najgorzej i dzięki temu mamy dziś standard życia na nie najgorszym poziomie. Gdyby proces transformacji był prowadzony śmielej i zostałyby sprywatyzowane: górnictwo, energetyka czy przemysł chemiczny, mielibyśmy standard życia taki jak w Hiszpanii. Ale też, gdyby proces prywatyzacji został zatrzymany nie w roku 2005 lecz znacznie wcześniej, lub gdyby nie rozpoczął się wcale, mielibyśmy dziś standard życia taki jak na Ukrainie.

Prywatyzacja była zawsze wygodnym tematem dla populistycznych polityków, bowiem mało kto rozumie istotę funkcjonowania gospodarki. Większości ludzi łatwo trafia do przekonania, że to co państwowe, to jest wspólnym dobrem wszystkich (więc także jego) i przynosi korzyści wszystkim. Jeśli zostanie sprywatyzowane, to przynosi korzyści prywatnemu właścicielowi, a przeciętny obywatel nic na tym nie korzysta. Taki schemat myślowy został skutecznie zaaplikowany ciemnemu ludowi i stał się dla niego oczywistością. Ciemny lud nie potrafi zrozumieć, że poprawa jego bytu jest uwarunkowana wzrostem gospodarczym kraju, a ten są w stanie zapewnić prężnie działające firmy prywatne. Czyli jest odwrotnie niż starają się to wmówić populistyczni politycy; to co państwowe jest prawie zawsze nieefektywne i często musi być wspierane pieniędzmi podatników. Zaś to co prywatne, owszem, przynosi zyski prywatnym właścicielom czy akcjonariuszom, ale tworzy miejsca pracy, inwestuje i przyczynia się do rozwoju gospodarczego kraju. Państwo zupełnie się nie sprawdziło jako właściciel, w okresie realnego socjalizmu w latach 1945 – 1989, nie sprawdza się także dzisiaj. Brnięcie w coraz większy socjalizm i etatyzm spowalnia rozwój, zaś finansowanie transferów socjalnych z kredytów (co ma u nas miejsce od co najmniej dwudziestu lat, a ostatnio się wzmaga), prowadzi do nieuchronnej katastrofy, takiej jak w Grecji.

Wielokrotnie pisałem o tym, że prywatyzacja jest jedynym sposobem na uratowanie polskiego górnictwa przed całkowitym upadkiem. Obecny rząd przyjął kierunek odwrotny: dotowania tej gałęzi przemysłu za pośrednictwem innych państwowych firm, które dzięki działaniu w warunkach monopolu (PGNiG) lub oligopolu (PGE, Tauron, Energa, Enea) są w stanie generować dodatnie przepływy pieniężne. Jednak wydrenowanie tych spółek z pieniędzy, jedynie odsunie totalną katastrofę górnictwa o, co najwyżej, rok – dwa, natomiast rozpocznie proces upadku wydrenowanych spółek. Celem obecnego rządu jest nie tylko zatrzymanie prywatyzacji, ale także nacjonalizacja niektórych prywatnych firm. Uznano jednak, że słowo ‚nacjonalizacja’ może się nie spodobać ciemnemu ludowi, dlatego zastąpiono je słowem: ‚repolonizacja’, które brzmi bardzo przyjemnie i uspokajająco. W drodze do zaplanowanej nacjonalizacji, obecny rząd nie waha się przed użyciem metod gangsterskich o czym świadczą przykłady PKP Energetyki (pisałem o tym tutaj), Ciechu (tutaj), czy Polskich Kolei Linowych.

Gdy nasze prawnuki będą czytać, w podręcznikach historii, o przyczynach katastrofy gospodarczej w Polsce w pierwszej połowie XXI wieku, być może data 25 lipca 2016 roku będzie tam wymieniona jako jej symboliczny początek.

5 komentarzy

  1. spokojny 28/07/2016
    • Jan Adamski 28/07/2016
    • Mateusz 28/07/2016
  2. PCTMA 28/07/2016
  3. Tomasz& 29/07/2016

Zostaw komentarz