Księga zdziwień odc.43

Dzisiejsze zdziwienie jest bardzo nietypowe, bowiem dziwię się sobie samemu. A czemu to dziwię się sobie? Żeby to wyjaśnić muszę się najpierw cofnąć nieco w czasie.

W PRL-u rządziła partia, która nazywała się PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza). Owszem, był Sejm i był Rząd, była też Rada Państwa, która była czymś w rodzaju kolegialnego prezydenta, ale wszelkie decyzje zapadały w Komitecie Centralnym (KC) partii. System socjalistyczny funkcjonował źle, panował powszechny niedostatek, wszelkie towary były marnej jakości, a i tak trzeba je było ‚zdobywać’, bowiem podaż nie nadążała za popytem. Do tego wszystkiego my, obywatele czuliśmy się zagrożeni przez władze, które ingerowały w różne dziedziny naszego życia. Cały aparat propagandowy był w ręku państwa/partii, więc zewsząd słyszeliśmy informacje, które pozostawały w jawnej sprzeczności z rzeczywistością, która nas otaczała. Nic dziwnego, że w tej socjalistycznej schizofrenii, im wyższe ktoś zajmował stanowisko w hierarchii władzy, tym większą społeczną niechęcią był otaczany. Przy czym słowo ‚niechęć’ wydaje się najłagodniejszym, jakiego można tu użyć. Przedstawicieli owej władzy można było codziennie oglądać w telewizji, jak przemawiają, przecinają wstęgi lub wręczają ordery. Pełnili swoje funkcje latami, więc wydawali się wieczni i nienaruszalni. A jednak zdarzało się co jakiś czas, że następował upadek któregoś z wielkich sekretarzy; z dnia na dzień tracił wszystkie stanowiska i odchodził w zapomnienie. I wtedy my, obywatele, czuliśmy złośliwą satysfakcję; oto człowiek, który narobił tyle szkód, wreszcie ma za swoje. Satysfakcja była całkowicie irracjonalna, bowiem system się przez to nie zmieniał ani na jotę, a na miejsce odwołanego (mówiło się wtedy: wykopanego) przychodził kolejny – wcale nie lepszy. Poza tym taki ‚wykopany’ otrzymywał całkiem intratną posadkę, tyle tylko, że mało eksponowaną i daleką od centrum władzy. A jednak satysfakcja była autentyczna, ludzie dzielili się nią w rozmowach i podczas towarzyskich spotkań.

Gdy dotarła do mnie informacja o odwołaniu Jacka Kurskiego ze stanowiska prezesa TVP, poczułem złośliwą satysfakcję. Całkowicie irracjonalną, bo przecież system się przez to nie zmieni ani na jotę, a na miejsce ‚wykopanego’ Kurskiego przyjdzie ktoś inny, z całą pewnością nie lepszy. W dodatku najświeższe doniesienia mówią o tym, że to odwołanie wcale nie jest takie pewne. Więc dziwię się sobie bardzo, a w dodatku trochę się swojej reakcji wstydzę, boć to przecież nieładnie cieszyć się z cudzego upadku. Ciekawi mnie, czy jestem w swoich odczuciach odosobniony, czy może ktoś z czytelników miał podobne?

4 komentarze

  1. mirek 03/08/2016
    • Jan Adamski 03/08/2016
  2. STEF 03/08/2016
    • Jan Adamski 04/08/2016

Zostaw komentarz