Księga zdziwień odc.44

Idea podatku od sklepów wielkopowierzchniowych, od początku jej pojawienia się w kampanii wyborczej, budziła kontrowersje. Głównie dlatego, że podłożem tej idei była manipulacja, żeby nie powiedzieć; oszustwo. Mówiło się bowiem o potrzebie wspierania drobnych rodzinnych przedsiębiorstw, którymi w przeważającej większości, są małe sklepy wiejskie, osiedlowe itp. To hasło, ze wszech miar słuszne, zyskało dość powszechną aprobatę. Tyle tylko, że jego realizacja stanowiła zaprzeczenie szczytnej idei. Bowiem wspieranie jakiejś grupy, powinno polegać na zmniejszeniu obciążeń tej grupy (np. podatkowych, administracyjnych itp.). W przypadku drobnych sklepikarzy pole do popisu było ogromne: można było zmniejszyć podatek (zwany eufemistycznie składkami na ZUS), który nierzadko wynosi ponad 50% dochodu, albo ograniczyć różnego rodzaju kontrole, które tak naprawdę nie są żadnymi kontrolami, tylko akcjami wymuszania łapówek. Ale postanowiono iść inną drogą i ulżyć drobnym handlowcom pośrednio – poprzez dowalenie dużej i silnej konkurencji. Nie chcę tej metody całkiem dyskredytować, gdyż nie można wykluczyć, że większe opodatkowanie dużych sieci handlowych, może skutkować podniesieniem cen oferowanych w nich towarów, a co za tym idzie odpływem klientów z tych sieci – do małych sklepów. Nie sądzę, żeby to mogło przybrać skalę masową, ale teoretycznie – może mieć miejsce.

Odpowiednia ustawa, wprowadzająca podatek, o którym piszę, rodziła się w bólach. Jej pierwsza wersja była wielką kompromitacją Ministerstwa Finansów, wywołała uliczne protesty drobnych sklepikarzy i miała nawet doprowadzić do dymisji ministra Pawła Szałamachy. Przygotowanie kolejnej wersji powierzono już nie ministerstwu, ale zespołowi parlamentarnemu pod kierownictwem posła PiS Adama Abramowicza. Rygoryzm pierwotnej wersji ustawy został zdecydowanie osłabiony i w takiej wersji została ona uchwalona. Senat nie wniósł poprawek, a notariusz rządu, czyli prezydent Andrzej Duda, błyskawicznie ją podpisał. Zacznie obowiązywać od 1 września 2016 roku. Szacuje się, że może przynieść budżetowi około 1,5 miliarda złotych rocznie (planowano 4 miliardy). Ale pod warunkiem, że wielkie sieci będą go potulnie płacić. A raczej nie będą, a jeśli już, to będą starały się przerzucić podatek z jednej strony na dostawców (wymuszając niższe ceny dostaw), a z drugiej na klientów (podnosząc marże, a zatem i ceny detaliczne). Bardziej prawdopodobną kwotą możliwą do uzyskania z tytułu podatku handlowego wydaje mi się 1 miliard złotych.

Przewidując, że wielkie sieci będą usiłowały przerzucić podatek na innych, rząd wymyślił i wprowadził nowy sposób utrudniania im życia. Wyposażył mianowicie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w nowe uprawnienia do karania sieci handlowych za zbyt skuteczne negocjowanie umów (sic!). Jak wiadomo umowy pomiędzy sprzedającymi a kupującymi są negocjowane z dwóch przeciwstawnych pozycji: sprzedający chce sprzedać jak najdrożej, a kupujący chce kupić jak najtaniej. I albo dochodzi do kompromisu i umowa zostaje zawarta, albo nie. Jest faktem, że im większy i silniejszy podmiot, tym ma mocniejszą pozycję negocjacyjną. Próba administracyjnego ingerowania w proces negocjacji, tylko pozornie poprawi sytuację małych dostawców wielkich sieci. W rzeczywistości ją pogorszy, bowiem wielkie międzynarodowe sieci mogą bez problemu zrezygnować z małych dostawców w Polsce i oprzeć się na imporcie.

Kolejną kwestią niezwykle dużej wagi, związaną z ustawą o podatku handlowym, jest sprzeczność przepisów tej ustawy z prawem unijnym. Jeszcze przed przegłosowaniem ustawy w Sejmie, Komisja Europejska przesłała do Ministerstwa Finansów pismo, w którym zawarta jest jednoznaczna opinia: ‚nowe przepisy o podatku handlowym, dyskryminują zagraniczne firmy’. A to jest zapowiedź wszczęcia postępowania przez Komisję Europejską, czyli nowy front walki polskiego rządu z Komisją.

Czas przejść do tego co mnie dziwi. Otóż bardzo dziwi mnie fakt, że nasz rząd zdecydował się na otwarcie nowego frontu z Brukselą, za cenę miliarda złotych. Z punktu widzenia budżetu to naprawdę niewielka kwota, na pewno niewarta wszczynania takiego konfliktu. A konflikt jest pewny. Warto przypomnieć tu podobną sytuację na Węgrzech, gdzie rząd Wiktora Orbana ugiął się po wszczęciu postępowania przez Komisję Europejską i wycofał z podatku. Inna rzecz, że podatek Orbana miał za zadanie zrujnowanie zachodnich sieci i wynosił aż 6%. W Polsce maksymalna stawka wynosi 1,4%.

Natomiast patrząc na sprawę wyłącznie od strony finansowej, trzeba zauważyć, że przychody mogą wynieść miliard złotych. Ale będą też koszty. Do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wpłynie lawina donosów na sieci handlowe. Te donosy trzeba będzie badać, wszczynać kontrole, nakładać kary itp. A w tym celu trzeba będzie zatrudnić nowych pracowników (obecnie kadrowo UOKiK nie jest do takiej akcji przygotowany). Oczywiście sieci handlowe będą się bronić na płaszczyźnie prawnej. Więc UOKiK będzie musiał wynająć kancelarie prawne, które będą w stanie podjąć merytoryczny spór z prawnikami sieci handlowych. Mając na uwadze luki w naszym prawie, można przewidzieć, że UOKiK przegra z sieciami, ale sprawy będą się ciągnąć latami, a to będzie kosztować. Więc z punktu widzenia wyłącznie finansowego, całe zamieszanie da wynik mizerny. Natomiast to, czego nie da się bezpośrednio przeliczyć na pieniądze, czyli konflikt z Komisją Europejską, utrata zaufania inwestorów zagranicznych i ogólnie kompromitacja w świecie, jest – jak mówi znana reklama – bezcenne. Jeśli dołożyć do tego możliwość obniżenia ratingów (co już przekłada się na konkretne pieniądze i to liczone w miliardach, a nawet w dziesiątkach miliardów), to nie sposób się nie dziwić: po co nam to było?

Zostaw komentarz