Księga zdziwień odc.45

Wszystko na to wskazuje, że niezwykle skomplikowane negocjacje umowy o wolnym handlu (TTIP) pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, legły w gruzach. A ja się dziwię, bo wydawało mi się, że wolny handel nie potrzebuje żadnych umów. Po prostu jest wolny i koniec! Ale okazuje się, że byłem w błędzie. Być może w zamierzchłej przeszłości, kiedy przedsiębiorcy nie rozumieli jeszcze dostatecznie dobrze, idei prawdziwej wolności, możliwe było zawieranie umów pomiędzy nimi, wyłącznie na podstawie ich indywidualnej opinii o korzyściach, jakie mogą odnieść. To archaiczne pojęcie wolności nie wytrzymało jednak próby czasu. Prawdziwa, nowoczesna wolność musi być ściśle uregulowana, a regulatorami są rządy. Więc umowa o wolnym handlu jest niezwykle skomplikowana; jest negocjowana od trzech lat, a dziś się dowiadujemy, że oczekiwania stron co do stopnia uregulowania wolności, idą w różnych kierunkach i nie da się znaleźć płaszczyzny porozumienia.

Ale dziwią mnie nie tylko rozbieżności, co do stopnia regulowania wolności. Dziwią mnie także liczne protesty obywateli i organizacji pozarządowych przeciwko TTIP. Obywatele i organizacje nie wiedzą wprawdzie, jakie zapisy będą w ewentualnej umowie, ale wiedzą, że będą niekorzystne dla obywateli i organizacji. Będą wręcz zagrażać ich bezpieczeństwu! Oto jeden z przykładów. Po zawarciu umowy trzeba ujednolicić normy dotyczące kosmetyków. W Europie te normy są bardzo restrykcyjne, w USA nieco łagodniejsze. Więc ujednolicenie miałoby prawdopodobnie polegać na przyjęciu norm amerykańskich. A to by znaczyło, że Europejczycy zostaliby zmuszeni do stosowania takich kremów, jak Amerykanie. Jest oczywiste, że nie mogą się zgodzić na takie niebezpieczeństwo, bo kremy amerykańskie na pewno mają w sobie jakieś transgeniczne świństwa, albo nawet większą dopuszczalną liczbę bakterii. Przecież normalny człowiek aż się wzdryga na myśl, że miałby sobie rozsmarować na twarzy taki krem jakiego używają miliony Amerykanek i Amerykanów.

Innym poważnym zagrożeniem ze strony TTIP jest możliwość napływu do Europy, tańszych amerykańskich towarów. To jest zdaje się główny powód, dla którego francuski prezydent Francois Hollande oświadczył niedawno, że umowa w obecnym kształcie jest nie do przyjęcia. Ochrona obywateli Francji i całej Europy przed tańszymi produktami jest obowiązkiem wszystkich rządów, bowiem taki napływ mógłby doprowadzić np. do deflacji, a przecież wiadomo, że deflacja jest największym złem jakie może dotknąć rządy. Mają wtedy mniejsze wpływy z podatków co powoduje, że muszą zwiększać tempo zadłużania i zadłużać czwarte pokolenie swoich przyszłych obywateli. (Dlatego czwarte, że drugie i trzecie już są zadłużone po uszy).

Jednym z najpoważniejszych zagrożeń jakie niesie TTIP jest ewentualność przyjęcia amerykańskich regulacji dotyczących stabilności warunków inwestycji. O co chodzi wytłumaczę na przykładzie. Otóż jeśli inwestor zagraniczny dokonuje inwestycji w jakimś kraju (np buduje fabrykę), to przeprowadza analizę otoczenia prawnego (w tym m.in. systemu podatkowego) i na tej podstawie buduje swój biznesplan. Ale kiedy już fabrykę wybuduje, zatrudni ludzi, zacznie produkować, sprzedawać, płacić podatki itp., to państwo wprowadza nagle podatek od fabryk wielkopowierzchniowych i cały jego biznesplan bierze w łeb. Obecnie europejskie prawodawstwo jest takie, że inwestor postawiony w opisanej sytuacji, może co najwyżej zwinąć swój biznes i spisać go w straty. Gdyby zostały przyjęte rozwiązania amerykańskie, to mógłby pozwać państwo i domagać się odszkodowania. No chyba jest oczywiste, że nie można na to pozwolić.

Wszystko o czym napisałem powyżej, bardzo mnie dziwi. Ale chyba najbardziej dziwi mnie język, w jakim unijni urzędnicy starają się uzasadniać potrzebę zawarcia TTIP. Oto co powiedział Ignacio Garcia Bercero, główny unijny negocjator umowy ze strony europejskiej: ‚TTIP ma sens z ekonomicznego, politycznego i strategicznego punktu widzenia. TTIP to pozytywna odpowiedź na obawy związane z globalizacją, tak często wyrażane przez krytyków umowy. Jeśli chcemy mieć wpływ na globalizację, potrzebujemy podobnie myślącego partnera, który podziela nasze poszanowania dla demokracji i dla prawa. TTIP to nie tylko ogromna ekonomiczna szansa, ale także możliwość nasycenia globalizacji naszymi wartościami’. Prawda, że pięknie? Czy nie warto jednak zgodzić się na te ohydne amerykańskie kosmetyki oraz tanie laptopy i telefony komórkowe, jeśli w zamian uda nam się ‚nasycić globalizację naszymi wartościami’?

Tags:,

Zostaw komentarz