Gierek, Gierkizm i Kaczyński

Gdy w roku 1970 do władzy w Polsce doszedł Edward Gierek, był to w pewnym sensie powiew świeżości. Gierek był człowiekiem światowym; przez wiele lat pracował we Francji i Belgii, mówił płynnie po francusku i nieźle po flamandzku, miał wiele kontaktów z zachodnimi politykami i był przez nich ceniony. Helmut Shmidt – kanclerz Republiki Federalnej Niemiec (RFN) w latach 1974 – 1982, nazwał go swoim przyjacielem. Niestety Gierek był typowym aparatczykiem, zupełnie nie rozumiejącym mechanizmów gospodarczych. Z Centralnej Szkoły Partyjnej w Łodzi, do której uczęszczał na przełomie lat 40-tych i 50-tych, wyniósł głębokie przekonanie o wyższości socjalistycznej gospodarki centralnie planowanej i zarządzanej, nad ‚chaotyczną’ gospodarką kapitalistyczną. Rozumiał jednak, że polski przemysł w roku 1970 był straszliwie zapóźniony w rozwoju, w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. Szybko też zrozumiał, że może w łatwy sposób poprawić doraźnie byt Polaków, przy pomocy kredytów od rządów krajów rozwiniętych. Kredyty te uzyskiwał zaskakująco łatwo, w czym pomagała mu doskonała koniunktura w krajach Zachodu w początkach lat siedemdziesiątych, a później wsparcie Helmuta Schmidta, o którym wspomniałem wcześniej. Trzeba jednak wiedzieć, że wsparcie Schmidta nie było za darmo. Gierek zgodził się bowiem na emigrację z Polski do RFN, kilkuset tysięcy osób z Górnego Śląska, które poczuwały się do związku z Niemcami (lub rzeczywiście były Niemcami), na czym bardzo zależało rządowi RFN. Mówiło się, że Gierek sprzedał 200 tysięcy obywateli i wyliczano nawet cenę za sztukę.

Nie jest całkiem jasne czy Gierek zdawał sobie sprawę z tego, iż życie na kredyt musi się skończyć katastrofą. Być może wierzył w to, co głosiła partyjna propaganda: kredyty są przeznaczane na rozwój przemysłu (słynne zakupy licencji) i są zaciągane na zasadzie ‚samospłaty’. To znaczy będą spłacane ze środków uzyskanych z eksportu produktów powstałych na podstawie zakupionych na kredyt licencji i surowców. Jednak były to twierdzenia bardzo naiwne i skierowane raczej do mało rozumiejącej gawiedzi, więc trudno zakładać, że sam Gierek w niego wierzył. Może kierował się cynizmem i uważał, że zanim do katastrofy dojdzie, to on zdąży sobie trochę porządzić? Ale pierwsze zwiastuny katastrofy pojawiły się bardzo szybko, bowiem część kredytów została przeznaczona na konsumpcję, a ta część, która miała dać impuls rozwojowy dla gospodarki, została częściowo zmarnotrawiona. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że część z nich rzeczywiście przyczyniła się do modernizacji. Gdy w połowie gierkowskiej dekady było już widać, że jest źle, został wymyślony genialny plan ratunkowy: postanowiono zaciągnąć nowe kredyty, by przy ich pomocy spłacić stare oraz wesprzeć podupadającą konsumpcję. Wtedy właśnie nieoceniona okazała się pomoc Helmuta Schmidta, na którym ogromne wrażenie wywarło szczere wyznanie Gierka, że polska gospodarka jest bliska katastrofy. Genialny plan spłacania starych kredytów nowymi kredytami, zakończył się bankructwem kraju i drastycznym obniżeniem stopy życiowej milionów ludzi.

Wydawało się, że Gierkizm odszedł na zawsze w zapomnienie a Polska – po kolejnych straconych dekadach – powoli się odbudowywała, dzięki zapobiegliwości milionów obywateli, którzy wykorzystali gospodarczą wolność jaką dawała słynna ustawa Wilczka, ale także dzięki darowaniu części długów, przez rządy krajów rozwiniętych. Niestety Gierkizm nie odszedł. Wraca do nas jak bumerang, żeby znowu doprowadzić do katastrofy i zmarnować życie kolejnych pokoleń.

Powszechnie uważa się, że za powrotem Gierkizmu stoi Jarosław Kaczyński. To niezupełnie odpowiada prawdzie. Jarosław Kaczyński uczynił wprawdzie z Gierkizmu główną oś swojej polityki, ale jest on tylko kontynuatorem dzieła zapoczątkowanego przez wcześniejsze rządy, a rozwiniętego przez Donalda Tuska. To Donald Tusk ponownie odkrył możliwość wykorzystania Gierkizmu dla krótkotrwałego sukcesu politycznego. Trzeba jednak dodać, że Tusk dawkował Gierkizm w sposób umiarkowany; najwyraźniej odrobił lekcję z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zdołał jednak zadłużyć Polskę w stopniu znacznie większym niż sam Gierek. Znany ekonomista Krzysztof Rybiński ocenił, że dług zaciągnięty przez Tuska, przekroczył dwukrotnie dług który zaciągnął Gierek (przy uwzględnieniu siły nabywczej pieniądza).

Jarosław Kaczyński kontynuuje dzieło Tuska we wprowadzaniu Gierkizmu, tylko robi to ze zdwojoną (a może potrojoną?) siłą. Zaciąganie kredytów w zagranicznych instytucjach finansowych i rozdawanie pieniędzy obywatelom, zapewnia wprawdzie doraźną wdzięczność obdarowanych, ale w dłuższej perspektywie doprowadzi do zubożenia wszystkich: zarówno tych obdarowanych, jak i innych. W roku 2016 dług publiczny Polski wzrośnie o rekordową kwotę 119,5 mld złotych, czyli ponad 3 tys. złotych na każdego Polaka. W kolejnych latach będzie prawdopodobnie jeszcze gorzej, gdy wejdzie w życie obniżenie wieku emerytalnego oraz nastąpi spowolnienie gospodarcze. Nie jest całkiem jasne czy Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę z tego, iż życie na kredyt musi się skończyć katastrofą. Być może wierzy w to, co głosi partyjna propaganda: zmusi się do płacenia podatków tych, którzy się od nich uchylają, a poza tym szybki rozwój gospodarczy Polski zapewni wzrost wpływów do budżetu i na wszystko wystarczy. Są to jednak twierdzenia bardzo naiwne i skierowane raczej do mało rozumiejącej gawiedzi, więc trudno zakładać, że sam Kaczyński w nie wierzy. Może kieruje się cynizmem i uważa, że zanim do katastrofy dojdzie, to on zdąży sobie trochę porządzić?

Jakby nie oceniać intencji władz, jedno jest pewne: Gierkizm przeżywa swoją drugą młodość, zaś pomysł, żeby stare kredyty spłacać nowymi kredytami jest u nas z sukcesem realizowany od lat.

13 komentarzy

  1. Bodek 23/11/2016
    • Jan Adamski 23/11/2016
    • gragos 07/12/2016
  2. ech 23/11/2016
  3. xxx 23/11/2016
    • Bodek 23/11/2016
      • lagus 05/12/2016
        • Bodek 06/12/2016
  4. zxzx 23/11/2016
  5. pollop 06/12/2016
    • Bodek 06/12/2016
  6. gragos 07/12/2016
  7. mr pik 08/12/2016

Zostaw komentarz