Inwestycje

Są trzy główne czynniki rozwoju gospodarczego: popyt wewnętrzny, eksport i inwestycje. Najlepiej jeśli wszystkie współgrają ze sobą, tworząc mieszankę we właściwych proporcjach. I tak się zwykle dzieje w gospodarce, która nie jest spętana nadmiernymi regulacjami rządowymi. Ale dziś już prawie żadna gospodarka nie jest nie spętana regulacjami. A w przeregulowanej Europie, polska gospodarka jest w niechlubnej czołówce przeregulowania. Więc jeśli rząd chce wspierać rozwój, to po prostu dokonuje deregulacji (czyli uchyla część przepisów, które pętają przedsiębiorców i nie pozwalają się im rozwijać). Tak właśnie robią rządy kierujące się pragmatyzmem gospodarczym. Niestety mało który rząd kieruje się dziś pragmatyzmem, za to wiele rządów kieruje się dążeniem do zwiększania etatyzmu, ręcznego sterowania gospodarką i zwiększania fiskalizmu. Bardzo ciekawa jest w tej materii, postawa rządu Beaty Szydło. Bowiem werbalnie deklaruje on wspieranie przedsiębiorczości i ułatwienia dla biznesu, natomiast w rzeczywistości czyni coś dokładnie odwrotnego: utrudnia życie przedsiębiorców, tworzy nieprzychylny klimat dla inwestorów zagranicznych, zwiększa podatki i zaostrza przepisy.

Gdy wicepremier rządu przedstawił na kilkunastu slajdach prezentację na temat polityki gospodarczej, nieco później rozwiniętą i nazwaną szumnie i na wyrost: Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, powątpiewałem w to, czy inwestycje wzrosną w stopniu, który był tam przewidziany. I to nie dlatego, że przyjęto zbyt optymistyczne wskaźniki ale dlatego, że owe plany pozostawały w całkowitej sprzeczności z konkretnymi decyzjami rządu. Uważałem, że należy raczej oczekiwać, że inwestycje spadną, bowiem zagraniczny kapitał będzie się starał trzymać z daleka od Polski, polski prywatny kapitał przełoży inwestycje w czasie, czekając na rozwój sytuacji, natomiast kapitał spółek państwowych zostanie zaangażowany w bezsensowne przedsięwzięcia, jak np. dotowanie górnictwa. Pisałem wtedy, że jedyną nadzieją pozostaną inwestycje ze środków unijnych, które w latach poprzednich były na bardzo wysokim poziomie (rekordowy w skali UE wskaźnik wykorzystania środków unijnych) i miałem nadzieję, że na takim pozostaną. Czy miałem rację? Można już coś na ten temat powiedzieć na podstawie dostępnych, wstępnych danych z gospodarki za 3 kwartały 2016 roku. Wygląda na to, że miałem rację w kwestii spadku inwestycji zagranicznych oraz krajowych, zarówno prywatnych, jak i państwowych. Natomiast w kwestii inwestycji ze środków unijnych okazałem się nadmiernym optymistą; okazało się, że jest znacznie gorzej niż przypuszczałem, że będzie.

Spadek inwestycji po pierwszym kwartale tego roku wyniósł 1,8%, co było sygnałem ostrzegawczym, ale nie było dramatem. W drugim kwartale spadek ten wyniósł 4,9% i był to najgorszy wynik od czasu kryzysu w końcówce pierwszej dekady XXI wieku. Jak przewidują niektórzy analitycy, spadek w trzecim kwartale może wynieść nawet 10%, co byłoby wynikiem fatalnym. W przekonaniu, że tak może rzeczywiście być, utrzymuje nas wynik jaki odnotowały inwestycje z budżetu centralnego (za pierwsze 3 kwartały); inwestycje są mniejsze niż przed rokiem o… 50%. Zdecydowanie zła sytuacja jest w sektorze przedsiębiorstw, gdzie w pierwszym półroczu inwestycje zmniejszyły się aż o 7%. Nic dziwnego, skoro państwowe giganty energetyczne, zmuszone do dotowania górnictwa, ograniczyły radykalnie inwestycje: PGE o 11%, zaś Tauron aż o 18%. Niebagatelne znaczenie miała też ustawowa likwidacja energetyki wiatrowej, która w poprzednich latach rozwijała się bardzo dynamicznie. Tutaj inwestycje spadły do zera, czyli o… 100%. Bardzo niepokojące jest też wstrzymanie inwestycji wśród małych i średnich przedsiębiorstw, bo to głównie one (ze względu na efekt skali) wpływają na ogólnopolskie wskaźniki. Drobni przedsiębiorcy powstrzymują się od inwestowania z uwagi na zaostrzenie przepisów (kara do 25 lat więzienia za przewinienia związane z rozliczaniem VAT), wzmożone kontrole skarbowe i ogólnie nieprzychylny klimat dla prywatnej przedsiębiorczości.

Wspomniałem na wstępie, że okazałem się nadmiernym optymistą w sprawie inwestycji ze środków unijnych. W roku 2015 Polska otrzymała z Brukseli netto (czyli po odliczeniu wpłaconych składek) 8,7 mld euro. W ciągu 3 kwartałów tego roku uzyskaliśmy netto 3,5 mld euro. Jeśli dojdzie do tego 1,3 mld w czwartym kwartale, to spadek w porównaniu z rokiem ubiegłym wyniesie: 13%. To będzie miało gigantyczny wpływ na inwestycje ogółem. Warto przy okazji odnotować, że we wrześniu 2016 r. Polska wpłaciła do budżetu Unii więcej z tytułu składek, niż z niego uzyskała z tytułu dopłat. Wprawdzie ta nadwyżka wyniosła symboliczne 60 milionów euro, ale sam fakt jest znamienny.

Dramatyczny spadek inwestycji będzie miał istotny wpływ na wskaźnik wzrostu PKB w roku 2016. Ale może uratuje nas duży wzrost popytu wewnętrznego? Rząd a także większość ekonomistów uważali, że popyt wewnętrzny znacząco wzrośnie wskutek programu 500+. To było logiczne założenie, bowiem można było przewidywać, że pieniądze z tego programu zostaną w całości przeznaczone na różne zakupy, co natychmiast przełoży się na większe wpływy z tytułu VAT, a także ożywi handel oraz zwiększy zamówienia dla przemysłu. I co? Okazało się, że żaden z tych efektów nie wystąpił. Zaś przyczyną tego jest fakt, że beneficjenci programu dokonują zakupów głównie na bazarach lub u pokątnych importerów używanego sprzętu elektronicznego i samochodów. Czyli poza kontrolą fiskusa. Zatem niemal całe pieniądze z programu 500+ wsiąkają w szarą strefę!

Kilka dni temu GUS ogłosił dane o wzroście PKB w III kwartale 2016 roku. Nie jest to 4% jak przewidywał wicepremier Morawiecki w listopadzie ubiegłego roku. Nie jest to 3,8% jak rząd zapisał w budżecie na rok 2016. Nie jest to 3,5% jak deklarował wicepremier Morawiecki w sierpniu tego roku, nie jest to nawet 2,9% jak przewidywali co bardziej pesymistyczni analitycy. Jest to 2,5%. To oznacza niestety znacznie mniejsze wpływy do budżetu z tytułu podatków, a to z kolei – konieczność pożyczenia więcej pieniędzy na rynkach finansowych, dla sfinansowania bieżących programów socjalnych. W tym roku rząd planuje zwiększyć zadłużenie o gigantyczną kwotę: 119 mld złotych, ale gdyby wskaźnik wzrostu PKB wyniósł na koniec roku nie zaplanowane 3,8%, lecz np. 2,2% – 2,4% to potrzeby pożyczkowe byłyby znacznie większe. Realizacja tzw. greckiego scenariusza, która i tak nas czeka, uległaby znacznemu przyspieszeniu.

7 komentarzy

  1. Tatarus 17/11/2016
  2. Mateusz 17/11/2016
  3. Piotr M. 17/11/2016
    • Mateusz 17/11/2016
  4. Mateusz 17/11/2016
  5. Sebastian 17/11/2016
  6. Jacek 19/11/2016

Zostaw komentarz