Repolonizacja czy nacjonalizacja?

Słowo ‚repolonizacja’ zrobiło w ostatnich latach oszałamiającą karierę. O repolonizacji mówiło się już za rządów PO-PSL, ale dopiero za rządów PiS repolonizacja stała się jednym z najważniejszych priorytetów. Samo słowo ‚repolonizacja’ budzi bardzo pozytywne skojarzenia bowiem oznacza, że coś co w przeszłości przestało być polskie, ponownie staje się polskim. No a któż by tego nie chciał? Zatem rząd bardzo chętnie mówi o repolonizacji banków, a kilka dni temu dowiedzieliśmy się, z wypowiedzi pana wicepremiera Morawieckiego, o planach repolonizacji innych gałęzi przemysłu, szczególnie energetyki. Czyli banki i spółki, w których pakiety kontrolne ma zagraniczny kapitał, miałyby zostać wykupione przez kapitał polski. Trudno w zasadzie nie przyklasnąć takiej pięknej idei, więc nie budzi ona w zasadzie żadnych kontrowersji.

W rzeczywistości wcale jednak nie chodzi o repolonizację (choć przy okazji rzeczywiście ma ona miejsce), tylko o nacjonalizację, czyli przejęcie banków i spółek przez rząd. Jednak słowa ‚nacjonalizacja’ unika się jak ognia, bowiem ma ono wyraźnie negatywne konotacje. Żyją jeszcze w Polsce ludzie, którzy pamiętają do jakiej katastrofy doprowadziła nasz kraj nacjonalizacja gospodarki po II wojnie światowej. Przedsiębiorstwa państwowe zawsze działają gorzej niż prywatne z kilku powodów, o których warto wspomnieć:

Po pierwsze, prywatny właściciel przedsiębiorstwa skupia się na tych obszarach działania, które dają największy zysk. Państwowy właściciel skupia się na tych obszarach, które są najsłuszniejsze, najbardziej poprawne politycznie lub dają największe korzyści grupom, które stanowią elektorat aktualnie rządzących. Z tych powodów przedsiębiorstwa prywatne się rozwijają, zaś przedsiębiorstwa państwowe – wręcz przeciwnie. A jeśli (np. dzięki monopolowi) państwowe firmy dobrze prosperują, to potencjalne zyski są w znacznej części przejmowane przez oplatającą je sieć szemranych firm, powiązanych z menedżmentem spółki i jej związkowymi notablami.

Po drugie, spółki państwowe służą rządzącym jako rezerwuar synekur dla swojego zaplecza politycznego, rodzin i znajomych. Stanowiska w spółkach są łupem dla zwycięzców, co niegdyś było wstydliwie skrywane, a obecnie jest całkowicie jawne, a nawet stanowi powód do dumy. Stanowiska są obsadzane nie na podstawie kompetencji kandydatów, lecz na postawie przynależności do klanów poszczególnych polityków. Wymiana kadrowa następuje po zmianie partii rządzącej, ale także po każdej zmianie personalnej na szczytach władzy; ekipa poprzedniego ministra jest zastępowana przez ekipę nowego ministra. To oczywiście ma bardzo negatywny wpływ na zarządzanie.

Po trzecie, rządzący zmuszają spółki państwowe, które mają zyski, do dotowania innych spółek państwowych, które mają straty. Taki proceder jest wprawdzie nielegalny z punktu widzenia zarówno prawa polskiego, jak i prawa unijnego, ale tym nikt się nie przejmuje. Na wszelki wypadek wymyśla się jednak najdziwniejsze łamańce prawne, żeby zakamuflować fakt dotowania jednych spółek przez drugie, ale i tak jest on widoczny jak na dłoni. Przykładów jest wiele: od drobnych jak np. dotowanie spółki Pl.2012+ (czyli stadionu narodowego) przez spółkę PGE, aż do ogromnych, idących w miliardy złotych, jak np. dotowania bankrutujących spółek węglowych przez spółki energetyczne.

Ponieważ słowo: ‚repolonizacja’ najczęściej występuje w parze ze słowem: ‚banków’, warto się zastanowić dlaczego rządzącym tak bardzo zależy, żeby jak najwięcej banków było państwowych. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Dla polityków bardzo duże znaczenie ma możliwość wpływania na politykę kredytową. Banki prywatne kredytują te przedsięwzięcia, które mają szansę się powieść, gdyż tylko wtedy mogą liczyć na spłatę kredytów. Natomiast banki państwowe kredytują te przedsięwzięcia, które wskaże im rząd, jako niezbędne do sfinansowania, ze względu na politykę. Np. żaden bank prywatny nie zechce kredytować państwowych spółek górniczych, bowiem te kredyty nigdy nie zostaną spłacone. A banki państwowe dostają polecenie ministra finansów, że mają udzielić kredytu – i udzielają. To oczywiście ma fatalny wpływ na kondycję banków udzielających takich kredytów, ale nie od razu. Przez wiele lat można udawać, że nie ma problemu, bowiem stosuje się różne sztuczki księgowe celem ukrycia rzeczywistego stanu rzeczy, no a przecież Komisja Nadzoru Finansowego nie wkroczy w sprawę, bo dostanie polecenie, żeby nie wkraczać.

Przed rokiem 1989 wszystkie banki działające w Polsce należały do państwa. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku większość z nich została sprzedana europejskim i amerykańskim grupom finansowym. Było to bardzo rozsądne posunięcie, bowiem prywatyzowane banki były małe, przestarzałe i wymagały ogromnych inwestycji celem ich unowocześnienia oraz przede wszystkim potrzebowały bankowego know-how. Wszystko to zostało zapewnione dzięki zagranicznym inwestorom. Banki okrzepły i zaczęły przynosić bardzo duże zyski. Oczywiście swoim zagranicznym właścicielom. Zyski są częściowo przeznaczane na dalszy rozwój banków, ale częściowo transferowane za granicę – do właścicieli. Jest to solą w oku polityków. Rozumują oni tak: jeśli nastąpi nacjonalizacja (repolonizacja), to zyski – zamiast do zagranicznych właścicieli – zaczną trafiać do budżetu w postaci dywidend i umożliwią przekupywanie różnych grup wyborców, co zapewni trwanie u władzy. Niestety w takim rozumowaniu jest poważny błąd: za dwa, trzy lata po nacjonalizacji nie będzie już zysków. Po kilku następnych latach trzeba będzie ‚ratować’ banki z pieniędzy podatników.

Jeszcze za rządów poprzedniej ekipy, państwowy bank PKO BP przejął Nordea Bank, a PZU objęło – zapewniający kontrolę – 25-procentowy pakiet akcji Alior Banku. Następnie Alior kupił Bank BPH. Całkiem niedawno miała miejsce największa transakcja: PZU wraz z Polskim Funduszem Rozwoju (nową strukturą biurokratyczną finansowaną z pieniędzy podatników) odkupił – od włoskiego Unicredit – akcje Pekao. Repolonizacja postępuje ku uciesze i rządu i ludu.

2 komentarze

  1. Michał 17/02/2017
    • Jan Adamski 17/02/2017

Dodaj komentarz