Gospodarka nakazowo-rozdzielcza

gospodarka

Gospodarka nakazowo-rozdzielcza to pojęcie rodem z PRL-u. Polegała ona na tym, że na szczeblu Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (lub dla spraw mniejszej wagi – na niższych szczeblach) podejmowano decyzję gospodarczą (np. o rozpoczęciu produkcji jakiegoś produktu), która była następnie przekazywana do Komisji Planowania czyli jednostki rządowej stojącej ponad ministerstwami gospodarczymi. Jej zadaniem było płynne przejście od fazy nakazowej do fazy rozdzielczej, co polegało na wyznaczeniu zadań ministerstwu lub ministerstwom odpowiedzialnym za wdrożenie projektu i co najważniejsze, zaplanowanie odpowiednich środków, wyznaczenie banku finansującego i przyznanie niezbędnej puli dewiz. Wtedy dopiero projekt trafiał do konkretnego przedsiębiorstwa, ale nie bezpośrednio, tylko przez Zjednoczenie, czyli jednostkę biurokratyczną nadzorującą funkcjonowanie przedsiębiorstw z tej samej branży (np. Zjednoczenie Przemysłu Skórzanego, Zjednoczenie Przemysłu Spożywczego itp.). Wszystkie te działania były istną mitręgą ze względu na permanentny brak środków (szczególnie dewiz) i rozbuchaną biurokrację, ale władza była zdeterminowana w dążeniu do celu, gdyż miała na celu pokazanie społeczeństwu (niezbyt zadowolonemu ze swojego losu) sukcesów, które miały się wkrótce przełożyć na dostatnie życie wszystkich obywateli. W każdym procesie inwestycyjnym były dwa momenty nadające się idealnie do propagandowej pokazówki. Pierwszym było rozpoczęcie procesu, co w języku propagandy nazywało się różnie: wbiciem pierwszej łopaty, położeniem kamienia węgielnego, wmurowaniem aktu erekcyjnego, położeniem stępki itp. Drugim propagandowym misterium ukochanym przez władzę było zakończenie procesu, czyli: przecięcie wstęgi, zjazd pierwszego produktu z taśmy, pierwszy spust surówki z wielkiego pieca, wodowanie statku itp. Jednak do drugiego momentu nie zawsze dochodziło, bowiem parcie do uroczystego rozpoczęcia było tak silne, że często działo się ono w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości: nie sporządzono wcześniej dokładnych analiz, nie było planów ani nawet wiedzy potrzebnej do uruchomienia projektu i nie było pieniędzy. Ale była pompa transmitowana przez telewizję i to właściwie wystarczało.

Wspominam tamte czasy dlatego, że ostatnio często zdarza mi się przeżywać swoiste deja vu. Oto mogliśmy niedawno podziwiać jak wicepremier Mateusz Morawiecki kładzie stępkę pod budowę pierwszego od 40 lat ‚polskiego promu zbudowanego w polskiej stoczni, dla polskiego armatora’ (cytat pochodzi z przemówienia Mateusza Morawieckiego na kongresie PiS w Przysusze). W uroczystości ‚kładzenia stępki’ (używam cudzysłowu bowiem nie ma mowy o żadnej stępce, bo nie ma jeszcze nawet projektu promu – o czym dalej), oprócz Mateusza Morawieckiego, brali udział: wicemarszałek Sejmu – Joachim Brudziński, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej – Marek Gróbarczyk, podsekretarz stanu w kancelarii prezydenta – Paweł Mucha, zaś prezydent Andrzej Duda i premier Beata Szydło przysłali listy, które były odczytane podczas uroczystości. PRL pełną gębą! I to wszystko nie jest scenką z filmu Barei; to dzieje się naprawdę!

Trudno jednak mieć za złe rządowi, że fetuje swoje sukcesy. Zatem nad sprawą pompy rodem z PRL-u można by przejść do porządku dziennego, gdyby rzeczywiście sukces był i państwowa stocznia rozpoczęła naprawdę budowę dużego promu dla państwowego armatora. Ale nic z tych rzeczy! Wszystko jest na niby! Faktem jest, że w marcu 2017 roku Polska Żegluga Bałtycka podpisała z konsorcjum, na czele którego stoi Stocznia Remontowa Gryfia, umowę na budowę promu. Ale była to tylko faza nakazowa, bez fazy rozdzielczej. Nie ma na razie zapewnionych środków na budowę (szacunki kosztów opiewają na 450 – 840 mln złotych), nie ma projektu promu (podobno jest w fazie koncepcyjnej) i nie ma pochylni, w której ma być budowany. Mówiąc ściślej pochylnia jest i ma nawet piękną nazwę: Wulkan, ale jest w stanie daleko idącej dewastacji, zaś doprowadzenie jej do stanu używalności może potrwać dwa lata i kosztować ponad 100 mln złotych. Których stocznia oczywiście nie ma. Gdzie wicepremier Morawiecki kładł stępkę (skoro brak pochylni) i jaka to była stępka (skoro brak projektu) – nie wiadomo.

Otwarte pozostaje pytanie na ile obecna władza zadowoli się propagandą skierowaną do ‚ciemnego luda’, a na ile zechce rzeczywiście topić miliardy z naszych podatków w przedsięwzięcia, które zamiast zysków przyniosą straty. Tym bardziej, że większość rządowych wydatków jest na kredyt, który przyszłe pokolenia będą musiały spłacić.

One Response

  1. Tomek 14/07/2017

Dodaj komentarz