Socialismo o muerte

socialismo o muerte

Niemal równo trzy lata temu opublikowałem na blogu krótki wpis Socialismo o muerte! Dziś postanowiłem go przypomnieć w niezmienionej postaci, bowiem czarny scenariusz, który tam kreśliłem częściowo już się zrealizował, natomiast w odniesieniu do Polski, właśnie się realizuje na naszych oczach. Oto ten wpis:

Wielokrotnie pisałem na tym blogu o nędzy, w jaką wpędzają miliony ludzi w różnych krajach, przywódcy wcielający w życie socjalistyczne recepty. We wpisie Przypływ podnosi wszystkie łodzie, podawałem przykład Zimbabwe, niegdyś najbogatszego kraju Afryki, który jest obecnie krajem najbiedniejszym, gdzie miliony ludzi żyją w skrajnej nędzy i co gorsze, bez żadnych widoków na poprawę swojego losu. Napisałem też, że w ślady Zimbabwe idzie Wenezuela, gdzie dogmatyczny socjalizm najpierw Hugona Chaveza, a po jego śmierci, Nikolasa Madury, prędzej czy później doprowadzą do katastrofy. Katastrofa nadeszła szybciej niż przewidywałem, aczkolwiek jest faktem, że znacznie przyśpieszył ją spadek cen ropy naftowej: Wenezuela jest u progu bankructwa.

Hasło Hugona Chaveza: Socialismo o Muerte (socjalizm albo śmierć) nabrało złowieszczego znaczenia, bowiem najpierw był wprowadzony przez niego socjalizm, później przyszła śmierć samego Hugona Chaveza (zmarł w marcu 2013 r. na raka prostaty), a teraz nadchodzi śmierć gospodarcza kraju. Polecam prześledzenie fragmentu przemówienia Hugona Chaveza na minutowym filmiku z Youtube. Nie należy się przejmować nieznajomością hiszpańskiego, trzeba tylko wsłuchać się w melodykę i intonację, oraz powtarzane po wielekroć słowa: PARTIA, SOCJALIZM i ŚMIERĆ (to ostatnie powtórzone 9 razy, czyli średnio co 6 sekund). Ciarki przechodzą po plecach.

O bankructwie Wenezueli więcej można przeczytać tutaj. Jednak suche liczby nie oddają grozy sytuacji, z jaką mamy do czynienia. Ten piękny kraj, posiadający największe na świecie zasoby ropy naftowej, o wprost wymarzonym położeniu geograficznym i łagodnym klimacie, został doprowadzony do ruiny w ciągu zaledwie 15 lat. W przeszłości socjalistyczne rewolucje przeprowadzane były drogą przewrotu, a trwały dzięki terrorowi. Dziś schemat jest inny: w demokratycznym kraju pojawia się demagogiczny piewca socjalizmu, który wmawia ludziom, że o nic nie muszą sami zabiegać, wszystko im da, jeśli tylko zdobędzie władzę. Więc zostaje wybrany, bo na ogół ludzie nie rozumieją, że dobrobyt bierze się z pracy, a nie z pieniędzy (patrz: tutaj). I przez jakiś czas święci triumfy, bowiem rzeczywiście rozdaje wokół prezenty, ale jednocześnie zadłuża kraj. To oczywiście nie może trwać długo i wkrótce nadchodzi katastrofa.

Czy taki scenariusz może się zrealizować w Polsce? Oczywiście! Tyle tylko, że z typowo polską specyfiką. Polega ona na tym, że o ile Hugo Chavez nazywał socjalizm socjalizmem, o tyle nasi rodzimi piewcy socjalizmu nazwali się politykami „prawicowymi”, zaś wszystkie media głównego nurtu zgodnym chórem potwierdzają ten kamuflaż i z całą powagą udają, że polscy Chavezowie i Mugabowie, to są naprawdę prawicowcy. A ciemny lud to kupuje. Czy długo jeszcze?

Socialismo o muerte!

Dodaj komentarz