Księga zdziwień odc. 73

księga zdziwień

Księga zdziwień nie odnotowała dotąd żadnego tematu związanego z bitcoinem, czyli najsłynniejszą kryptowalutą. Więc dziś nadrabiam tę zaległość, ale dziwię się nie temu, czego można by się spodziewać, czyli szalonym wzrostom i spadkom bitcoinowego kursu. O tym trochę w dalszej części wpisu, ale tylko przy okazji. Bo tym co najbardziej mnie dziwi to fakt, że wszystkie informacje jakie się pojawiają w mediach na temat bitcoina – a jest ich ostatnio bardzo dużo – są ilustrowane zdjęciami monet z charakterystyczną literą B. Przecież to jest bez sensu! Istotą bitcoina jest jego niematerialność. Dlaczego zatem wszyscy się uparli, żeby pokazywać jakieś wyimaginowane monety? Co ciekawe wszystkie te monety stworzone w programach graficznych (bo przecież nikt ich nie wybił w metalu) wyglądają bardzo realistycznie i są do siebie bardzo podobne, co może sugerować, że istnieją w realnej rzeczywistości. Jestem zresztą przekonany, że jest wiele osób (może nawet większość – nikt nie robił takich badań), które uważają, że bitcoiny to właśnie takie brzęczące krążki, jakie widzą na zdjęciach. To, że brzęczące, to już oczywiście wytwór wyobraźni, ale bardzo narzucający się. Poniżej kilka ‚zdjęć’ z udziałem bitcoinów, które zaczerpnąłem ze strony Pixabay.

księga zdziwień

księga zdziwień księga zdziwień

A wracając do kursu bitcoina muszę podkreślić, że istne szaleństwo jakie wokół niego zapanowało, nieszczególnie mnie dziwi. Ludzie zawsze uwielbiali różne bańki spekulacyjne i zawsze będą je uwielbiać. Przecież musi rozpalać wyobraźnię proste przeliczenie, że gdyby ktoś kupił, w roku 2010, bitcoiny za równowartość jednej butelki piwa, to dziś byłby milionerem. W pierwszej transakcji z użyciem bitcoinów kupiono dwie pizze za 10 tys. bitcoinów, czyli według kursu z końca lutego 2018 roku – za 345 milionów złotych. Na bańkach spekulacyjnych większość osób traci, ale są też tacy, którzy zyskują.

Wydaje się, że bitcoin przebił już największą dotychczasową bańkę spekulacyjną, jaką była holenderska tulipomnia w pierwszej połowie XVII wieku. Sprowadzone z Turcji tulipany stały się synonimem luksusu, szczególnie, gdy udało się wyhodować bardzo efektowne i rzadkie odmiany. Bogaci Holendrzy gotowi byli płacić po kilkanaście guldenów za jedną cebulkę, co było niemałą kwotą jeśli zważyć, że przeciętne roczne dochody wynosiły wtedy około 150 guldenów. Ale to był dopiero początek. Bo oczywiście pojawili się spekulanci, którzy kupowali cebulki najrzadszych odmian, żeby je odsprzedać z zyskiem. I ceny rosły. W latach dwudziestych XVII wieku ceny cebulek przebiły już pułap 100 guldenów a za najrzadsze okazy płacono nawet 1000! To mniej więcej tyle ile kosztował hektar ziemi uprawnej – bardzo drogiej w małej Holandii. Szczytowym okresem tulipanowej spekulacji była zima na przełomie lat 1636 i 1637 roku. Oczywiście zimą nie było cebulek kwiatów w fizycznej postaci; handlowano po prostu kontraktami. Ceny rosły niemal z godziny na godzinę. Historia giełdy w Harlemie odnotowała np. transakcję nabycia 40 cebulek za 100 tysięcy guldenów. Załamanie przyszło w lutym 1637 roku i było absolutne: ceny cebulek spadły niemal do zera doprowadzając wielu handlarzy do całkowitej ruiny. Zwycięzcami byli oczywiście ci, którzy potrafili się wycofać odpowiednio wcześnie. Jak w każdej bańce spekulacyjnej.

Gdy pęknie bańka bitcoinowa nie będzie się właściwie czemu dziwić, więc też Księga zdziwień nie będzie miała pożywki. No chyba, że będą akurat wybory prezydenckie i któryś kandydat obieca poszkodowanym w handlu bitcoinami – rekompensaty. Wtedy trochę się zdziwię. Ale tylko trochę.

Dodaj komentarz

For security, use of Google's reCAPTCHA service is required which is subject to the Google Privacy Policy and Terms of Use.

If you agree to these terms, please click here.