Jaka piękna katastrofa

jaka piękna katastrofa

Jaka piękna katastrofa to fraza wypowiedziana przez Alexisa Zorbę, głównego bohatera kultowego filmu Mihalisa Kakogiannisa “Grek Zorba”, z roku 1964, wypowiedziana na widok walącej się konstrukcji, którą wznosił wielkim wysiłkiem przez wiele miesięcy. Na cześć tej pięknej katastrofy Zorba i Basil (Anglik o greckich korzeniach) wykonują na plaży triumfalny taniec, dziś znany pod nazwą Zorby (choreografia tańca oparta jest na greckim tańcu ludowym Sirtaki).

Piękna katastrofa Zorby przypomniała mi się, gdy poznałem główne wskaźniki projektu polskiego budżetu na rok 2021, które właśnie zostały ogłoszone przez rząd (więcej na temat budżetu można przeczytać tutaj). Szczególnie jeden wskaźnik musi budzić przerażenie każdego, kto ma choćby ogólne pojęcie o makroekonomii. Mam na myśli wskaźnik pokazujący wielkość inwestycji w stosunku do PKB. W przybliżeniu można powiedzieć, że wskaźnik ten informuje o wzroście zamożności społeczeństwa w kolejnych latach. Żeby ten wzrost był wyraźnie odczuwalny przez obywateli, wskaźnik ten powinien wynosić co najmniej 20% PKB, najlepiej jeśli jest w okolicach 25% lub nawet więcej.

Gdy premier Mateusz Morawiecki (wówczas jako wicepremier) ogłaszał w roku 2016 swój słynny plan, jego podstawowym założeniem był właśnie wzrost inwestycji do 25% PKB w perspektywie kilku lat, z niewystarczającego poziomu 20%, jaki rząd PiS odziedziczył po swoim poprzedniku – rządzie PO-PSL. Problem w tym, że rząd, zaraz po ogłoszeniu planu, rozpoczął istny festiwal wprowadzania przepisów utrudniających działanie przedsiębiorcom. To rzecz jasna spowodowało załamanie inwestycji prywatnych. Sprawę ratowały wprawdzie inwestycje publiczne (głównie dzięki absorpcji środków unijnych), ale i tak wskaźnik inwestycji spadł do katastrofalnego poziomu 18% PKB. Później nieznacznie wzrósł, by w roku 2019 osiągnąć poziom 18,6%.

No i dochodzimy do projektu budżetu, na rok 2021, w którym zaplanowano wskaźnik inwestycji na poziomie 17,5% PKB. To jest naprawdę potężna katastrofa, choć jeszcze nie uświadamiana przez ogół obywateli. Jednak jej skutki odczują oni na własnej skórze w kolejnych latach. Ale to jeszcze nie koniec, bowiem nad inwestycjami wisi miecz Damoklesa, a właściwie dwa miecze: jeden nad inwestycjami prywatnymi, drugi nad inwestycjami publicznymi. Ten pierwszy to ustawa o konfiskacie prewencyjnej, która jest właśnie procedowana. Jeśli wejdzie w życie, to inwestycje prywatne wyhamują jeszcze bardziej. Ten drugi to ewentualne uzależnienie wypłaty środków unijnych od stanu praworządności. Jeśli zostanie wprowadzone (a wszystko na to wskazuje) i środki przewidziane dla Polski zostaną zamrożone, to inwestycje publiczne ulegną totalnemu załamaniu. Aż strach myśleć, jak dramatyczne może to mieć skutki.

Rząd oczywiście będzie chciał ukryć katastrofę przed obywatelami, a może to próbować robić tylko w jeden sposób: gwałtownie się zapożyczając na rynkach finansowych. Ale tu też natknie się na dwie bariery. Pierwsza to konstytucyjny zakaz zwiększania zadłużenia ponad 60% PKB. Ale ta bariera jest łatwa do pokonania: po prostu rząd po raz kolejny złamie Konstytucję. Druga bariera to gotowość międzynarodowych instytucji do pożyczania pieniędzy polskiemu rządowi. Gotowość ta będzie malała wraz z pogarszaniem się stanu polskiej gospodarki. Aż spadnie do zera tak, jak to miało miejsce w przypadku Grecji. Rolę kredytodawcy Grecji przejęła jednak Unia Europejska (konkretnie: Europejski Bank Centralny). Nie sądzę, żeby tak mogło być w przypadku Polski, więc perspektywy rysują się bardzo pesymistyczmie.

4 komentarze

  1. taxus 27/08/2020
    • Jan Adamski 27/08/2020
  2. kazio 30/08/2020
    • Jan Adamski 30/08/2020

Dodaj komentarz