Wyobcowani, oderwani od życia

O notablach partyjnych w PRL-u zwykło się było mówić, że byli zupełnie oderwani od życia i odizolowani od codziennych problemów jakie były udziałem zwykłych obywateli. Była to oczywiście prawda – partyjni dygnitarze żyli w zupełnie innym świecie. Byli wożeni limuzynami z ochroną, mieszkali w luksusowych (jak na owe czasy) warunkach, zakupy robili w specjalnych sklepach – tzw. sklepach za żółtymi firankami. Dla klepiących biedę obywateli było to bardzo irytujące, stąd notable byli otoczeni powszechną niechęcią, żeby nie powiedzieć – nienawiścią. Mówiło się o nich wówczas ironicznie “umiłowani przywódcy” co było kalką oficjalnych określeń używanych w Chinach rządzonych przez Mao Zedonga i Korei Północnej rządzonej przez Kim Ir Sena.

Pamiętam jednak pewne zdarzenie, które świadczyło o tym, że owi notable byli wprawdzie wyobcowani, ale jednak nie pogardzali społeczeństwem, którym rządzili. Pewnego dnia (a działo się to pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku) szedłem rano na przystanek autobusowy, celem udania się do pracy. Jak zwykle musiałem przejść przez przejście dla pieszych na skrzyżowaniu ulic Sobieskiego i Gagarina. Przechodząc, rzuciłem okiem na  pierwszy z samochodów stojących na światłach i czekających na ich zmianę. Ze zdumieniem dostrzegłem za szybą bardzo znaną twarz – każdego dnia oglądaną w telewizji. Był to osobisty ochroniarz Edwarda Gierka – pierwszego sekretarza PZPR, czyli władcy kraju (tak jak dzisiaj – krajem nie rządził wówczas premier, tylko szef partii). Siedział obok kierowcy, na przednim, prawym siedzeniu Poloneza. Mój wzrok powędrował głębiej i na tylnym siedzeniu dostrzegłem postawną sylwetkę samego Gierka. Był zatopiony w jakichś papierach, ale podniósł wzrok i nasze spojrzenia się skrzyżowały na ułamek sekundy. Gdy po przejściu przez skrzyżowanie obejrzałem się za siebie, zobaczyłem jak Polonez Gierka ruszył w kierunku nieodległego gmachu Komitetu Centralnego PZPR.

Te wspomnienia naszły mnie, gdy przeczytałem i obejrzałem dziś (21 lutego) relację z powrotu prezydenta Andrzeja Dudy z narciarskiego wypadu do Wisły. Jak łatwo się domyślić droga była gruntownie zakorkowana, ale konwój wiozący A.Dudę jechał na sygnale zmuszając wlokące się w korku samochody do zjechania na pobocze i zatrzymania się. Zresztą czy ktokolwiek jest dzisiaj w stanie wyobrazić sobie samochód wiozący któregoś z umiłowanych przywódców, bez asysty kilku samochodów ochrony, stojącego na skrzyżowaniu w oczekiwaniu na zmianę świateł? Wyobcowanie notabli jest dziś podobne jak było w PRL-u, ale doszła jeszcze pogarda dla rządzonych.

Dodaj komentarz