Służba zdrowia.
Smutna, szara codzienność.

W pobliżu mojego domu jest mała przychodnia działająca jako filia większego ZOZ-u. Jestem w niej zarejestrowany jako pacjent i korzystam z jej usług od czasu do czasu, w drobnych sprawach. W drobnych, ponieważ w przypadku poważniejszych dolegliwości szukam pomocy w prywatnej służbie zdrowia. Ale gdy potrzebuję receptę na lek przyjmowany na stałe lub muszę zrobić badanie krwi albo inne standardowe a nieskomplikowane badanie, udaję się do “mojej” przychodni. W przeszłości nie musiałem się nawet udawać tam osobiście, wystarczył telefon z prośbą o receptę lub skierowanie i jeszcze tego samego dnia otrzymywałem potrzebny numer umożliwiający dalsze działanie. To się jednak zmieniło, gdyż moja przychodnia została wyznaczona jako punkt szczepień przeciwko covid-19.

Przychodnia zatrudniała od zawsze dwie osoby: lekarza i pielęgniarkę. Gdy została punktem szczepień, personel się powiększył. Obecnie są tam – oprócz lekarza – 3 pielegniarki i dodatkowa osoba do obsługi administracyjnej. Pacjenci są zapisywani na szczepienie co 15 minut, ale część zapisanych się nie stawia, więc przychodnia szczepi średnio 3 osoby w ciągu godziny. W związku z tym personel przez większość czasu siedzi bezczynnie i wyraźnie się nudzi. Wiem to, bo ostatnio przyszło mi odwiedzić przychodnię celem uzyskania recepty. Muszę tu dodać, że od czasu zamienienia przychodni na punkt szczepień, nie można już uzyskać recepty telefonicznie; trzeba stawić się osobiście i wypełnić odpowiedni druczek.

Gdy przyszedłem, w przychodni obecny był tylko pięcioosobowy personel – żadnych pacjentów nie było. Przy wejściu natknąłem się od razu na lekarza, który zapytał mnie czy przyszedłem na szczepienie. Pewnie miał nadzieję na przerwanie nieznośnej nudy oczekiwania, bo musiałby w takim przypadku “zakwalifikować” mnie na szczepienie. Czyli podpisać się na ankiecie, którą musiałbym wypełnić. Być może nawet przeprowadziłby jakiś “wywiad” i osobiście zadał mi któreś z pytań z ankiety? W każdym razie byłaby to jakaś chwilowa odmiana w bezczynnym siedzeniu w gabinecie. Panie pielęgniarki są jednak w dużo lepszej sytuacji niż on, gdyż siedzą we trzy w jednym pokoju i zabijają czas rozmową.

Wypełniłem mój druczek-zamówienie na receptę i zapytałem, czy może pan doktor mógłby ją wystawić “od ręki”. Dowiedziałem się, że nie jest to możliwe, bowiem w związku z akcją szczepień, tylko jeden dzień w tygodniu jest przeznaczony na standardową obsługę pacjentów. Pozostałe dni są “dniami szczepień”. Zostałem też lojalnie uprzedzony, że ponieważ tylko jeden dzień w tygodniu jest przeznaczony na telewizyty, wystawianie recept, skierowań itp. Pan doktor – zawalony liczbą spraw – może zwyczajnie nie zdążyć wystawić mi recepty w najbliższy poniedziałek (czyli za 4 dni). W takim przypadku już na pewno otrzymam receptę w kolejny poniedziałek. Ponieważ jednak kończyły mi się tabletki na nadciśnienie (które muszę zażywać codziennie), udałem się do niedalekiej przychodni prywatnej, opłaciłem 130 zł za wizytę i zostałem przyjęty przez sympatyczną panią doktor, która wystawiła mi receptę na lek. Trwało to wszystko około 2 minuty.

Zbiegiem okoliczności następnego dnia po niefortunnej wizycie w “mojej” przychodni, miałem wyznaczony termin szczepienia, ale oczywiście gdzie indziej. Muszę tu dodać, że od początku akcji szczepień usiłowałem się zapisać do “mojej” przychodni, ale zawsze dowiadywałem się, że zapisy “są wstrzymane”. Po 6 nieudanych podejściach dałem za wygraną i zarejestrowałem się w systemie, który wyznaczył mi szczepienie w punkcie szczepień zorganizowanym przez prywatnego przedsiębiorcę (zapewne na podstawie kontraktu z NFZ). Punkt mieści się w dużej hali, w której kiedyś był hipermarket Tesco. Hala jest podzielona na kilka części: w pierwszej jest rozstawionych około 30 stolików, przy których można usiąść i wypełnić ankietę. Dalej jest 7 stanowisk recepcyjnych, do których podchodzi się z wypełnioną ankietą. Do tych stanowisk nie było kolejki, ale gdyby była, to są specjalne “korytarze” wyznaczone taśmą (jak w portach lotniczych). Żeby oczekujący zanadto nie zbliżali się do siebie, na posadzce są naklejki, które wyznaczają miejsce dla poszczególnych osób. Po załatwieniu sprawy w punkcie recepcyjnym, przejęła mnie pani doktor, która poprowadziła mnie do jednego z kilkudziesięciu boksów, gdzie zostałem zaszczepiony. Wszystko działo się bardzo szybko, ale zdołałem spostrzec, że w ciągu minuty około 4 – 5 pacjentów jest przejmowanych przez osobę szczepiącą i prowadzonych do odpowiedniego boksu. To znaczy, że w ciągu godziny szczepi się w tym punkcie 200 – 300 osób. Albo nawet więcej, bowiem zauważyłem, że tylko kilkanaście boksów było używanych w czasie mojej bytności w punkcie, podczas gdy wszystkich było (na oko) kilkadziesiąt.

Historia, którą opisałem jest do bólu banalna; tak u nas po prostu jest i nie ma co rozrywać szat. Ale przy tej okazji przypomniała mi się wypowiedź pana premiera Mateusza Morawieckiego z konferencji prasowej sprzed kilku miesięcy. Opowiadał on wówczas jak bohatersko rząd, przy pomocy publicznej służby zdrowia, walczy z pandemią. Jednocześnie w ostrych słowach skrytykował prywatną służbę zdrowia, która jego zdaniem, nie tylko nie włącza się do tej walki, ale wręcz ją utrudnia. Pytanie czy premier Morawiecki zmieniłby zdanie gdyby odwiedził “moją” przychodnię oraz opisany punkt szczepień? To rzecz jasna pytanie retoryczne. Bo wiadomo, że zdania by nie zmienił. Przecież kieruje się zasadą, że je jeśli fakty nie zgadzają się z głoszoną przez niego ideologią – to tym gorzej dla faktów.

2 komentarze

  1. Marek 25/05/2021
  2. Ryszard 27/05/2021

Dodaj komentarz