Trudne początki dorosłego życia

W ciągu kilkunastu ostatnich dni obserwuję proces usamodzielniania się młodego kosa połączony z jego dziwacznymi, żeby nie powiedzieć ekscentrycznymi, zachowaniami. Proces ten odbywa się tuż pod moim nosem: w moim ogródku i jego najbliższym sąsiedztwie. Zaś jego bohaterem jest kos płci na razie nieznanej, który w drugiej połowie czerwca opuścił przytulne gniazdo, a następnie przez 3 tygodnie był dokarmiany przez tatę-kosa. Kilka dni temu został pozostawiony własnemu losowi i musi sam zdobywać pożywienie. Nie powinien mieć z tym większych problemów, bowiem w moim trawniku i w trawnikach sąsiadów jest pod dostatkiem dżdżownic. Jednak młody kos jest wyraźnie zirytowany faktem, że owe dżdżownice nie są dostarczane bezpośrednio do jego dzioba. Swoją irytację obwieszcza światu głośnym wrzaskiem (to słowo najlepiej pasuje do głośnych, piskliwych dźwięków jakie wydaje); przysiada na płocie, trawniku, okolicznym drzewie, a nawet na moim tarasie i wydziera się wniebogłosy. Piszę te słowa siedząc na tarasie w moim ogródku, a kos ciągle jest gdzieś w pobliżu. Obok mnie stoi statyw z aparatem i od czasu do czasu pstrykam zdjęcia. Poniżej prezentuję kilka, które zrobiłem dosłownie pomiędzy napisaniem jednego a drugiego zdania.

Ale historię wchodzenia kosa w dorosłość trzeba zacząć od dokarmiania go przez tatę-kosa. Poniżej kilka zdjęć owego taty wybierającego dżdżownice z mojego trawnika. U kosów panują takie zwyczaje, że po opuszczeniu gniazda przez młode, samica się ulatnia (bywa, że od razu zakłada kolejny lęg z innym samcem), a dokarmianie młodych i opiekę nad nimi, zostawia samcowi. Więc ten pracowicie zdobywa pożywienie i utyka je do głodnych dziobów.

Jak wygląda młody kos, widać na zdjęciach poniżej. Otwarty dziób oznacza, że wydaje właśnie swoje głośne i świdrujące dźwięki, która nazwałem ‚wrzaskami’. Bywa to dość uciążliwe, szczególnie, gdy robi to tuż pod oknem sypialni o 4.00 rano. Ale poza tym jest sympatyczny, zaś minę ma taką, jakby się ciągle czemuś dziwił.

Bardzo zabawne są pierwsze próby samodzielnego zdobycia pożywienia. Bo gdy młodzieńcowi uda się już znaleźć jakąś dżdżownicę, to zamiast ją zjeść, trzyma ją w dziobie przez dość długo, latając to tu, to tam i cały czas wydając swoje przenikliwe dźwięki. Bo trzeba dodać, że te dźwięki ptak wydaje zarówno otwierając dziób, jak i bez otwierania. I te bez otwierania dzioba wcale nie są cichsze albo mniej przenikliwe.

Wspomniałem o ekscentrycznych zachowaniach młodego. Otóż atakuje on… mojego kota, zmuszając go do opuszczenia ogródka i skrycia się w domu. Kot, którego w żaden sposób nie można nazwać małym, albo chudym, lubi wylegiwać się na trawniku albo na tarasie. I wtedy przylatuje kos i przypuszcza atak. Atak ma charakter niemal wyłącznie werbalny (jeśli można użyć takiego słowa w odniesieniu do ptaka). To znaczy kos przylatuje w pobliże (niekiedy 2 – 3 m od kota) i rozpoczyna swoje jazgotanie. Kot wyraźnie tego nie znosi; kuli się, pomiaukuje, aż w końcu czmycha do domu. I wtedy kos milknie i odlatuje. Ale wystarczy, żeby kot wyszedł do ogródka, natychmiast zjawia się kos i zabawa zaczyna się od nowa. Zdarzają się także ataki jeszcze bardziej widowiskowe, gdy kos pikuje w kierunku kota, niczym myszołów atakujący swoją ofiarę. Takie sytuacje są wyjątkowo groteskowe biorąc pod uwagę, że kos waży poniżej 100 g, a kot… 5 kg.

Poniżej zdjęcia, które zrobiłem z salonu, przez szybę w drzwiach balkonowych. Z jednej strony drzwi leży kot (część jego sylwetki majaczy na jednym ze zdjęć), a z drugiej, w odległości metra od szyby, młody kos daje swój koncert. Naprawdę niezwykła sytuacja.

A tata-kos pojawia się od czasu do czasu, żeby skontrolować sytuację. Jeśli jest akurat w dobrym humorze, to daje przy okazji piękny koncert. Dobry kontrapunkt dla irytujących wrzasków młodego.

Zostaw komentarz