Kocham Pitti!

 

Pitti Uomo to impreza, która ma dwa oblicza, dość niezależne od siebie. Jedno z nich to po prostu targi męskiej odzieży i dodatków. Targi gigantyczne, które ściągają ogromną liczbę producentów i równie wielką liczbę handlowców z całego świata. Jak na każdych targach zawierane są tu kontrakty na kolejne sezony. Liczba wystawców dosłownie przytłacza. Obliczyłem, że gdyby zechcieć poświęcić każdemu 3 minuty, to obejrzenie wszystkich 1219, zajęłoby 61 godzin (plus czas potrzebny na przemieszczanie się). A targi były otwarte łącznie przez… 34 godziny. W każdym razie oglądanie produktów wystawionych na poszczególnych stoiskach, to wielka lekcja tego, co w modzie męskiej będzie najbardziej trendy w najbliższych sezonach. Lekcja bardzo praktyczna. Bo to nie są pokazy wielkich domów mody, prezentujące kreacje, których nikt nigdy na siebie nie włoży. To są konkretne składniki ubiorów, które trafią na sklepowe półki i wieszaki na całym świecie. Także w Polsce, bowiem spotkałem (i miałem przyjemność rozmawiać) handlowców reprezentujących sieć Royal Collection, którzy chwalili się zawarciem kilku ciekawych kontraktów. Na marginesie dodam, że kilka lat temu moja firma wykonywała pewien projekt dla Royal Collection. Nie został on jednak wdrożony.

Ale Pitti Uomo ma także drugie oblicze. Nazwałbym je towarzysko-snobistycznym i to właśnie ono jest znane z publikacji w różnych magazynach, blogach i portalach. Bowiem na Pitti Uomo zjeżdżają licznie ludzie, dla których moda, styl i elegancja stanowią ważne wartości. Przyjeżdżają, żeby się pokazać, zaprezentować swoje najlepsze stylizacje, spotkać się z innymi im podobnymi, wymienić się pomysłami i pochwalić osiągnięciami. Dlatego atmosfera na Pitti nacechowana jest wzajemną życzliwością i naładowana pozytywną energią. Wszyscy się nawzajem podziwiają i prawią sobie komplementy. Czy można nie kochać takiej atmosfery? I to są właśnie przyczyny, dlaczego kocham Pitti!

Zupełnie fantastyczna jest łatwość z jaką nawiązuje się tu kontakty, a wzajemna życzliwość bije wszelkie rekordy. Wszyscy się do siebie uśmiechają, a jeśli zamieniło się z kimś kilka słów, to następne spotkanie zaczyna się od wylewnego powitania z nieodzownym całowaniem włącznie. Dla kogoś nieobytego z taką wylewnością, może to być nie lada zaskoczeniem. Nie ukrywam, że niekiedy bywało też dla mnie. Wpadałem przez to w pułapkę nieprzestrzegania kapeluszowej etykiety, o czy napiszę w dalszej części. To o czym napisałem powyżej, dotyczy sartorialistów, którzy przybyli do Florencji, żeby się pokazać i żeby poczuć wspólnotę z innymi, sobie podobnymi. Bo jest jeszcze pokaźna grupa ludzi, którzy przyjechali tu w celach obserwacyjnych; patrzą, robią zdjęcia a także  proszą wybrane przez siebie osoby o możliwość zrobienia wspólnego zdjęcia. Można by opracować wskaźnik popularności poszczególnych stylizacji, na podstawie liczby zaproszeń do wspólnego zdjęcia. Odnotowałem tę zależność podczas ubiegłorocznej edycji Pitti. Gdy drugiego dnia targów postawiłem na dość kontrowersyjną stylizację, liczba próśb o wspólne zdjęcie wzrosła mniej więcej trzykrotnie. Co ciekawe, większość tych proszących miała azjatyckie rysy twarzy.

Trzeba też wiedzieć, że Pitti Uomo, to nie tylko same targi. To także ogromna liczba imprez towarzyszących, odbywających się wieczorami. Są to imprezy mniejsze lub większe, o różnej randze i prestiżu. Miałem przyjemność uczestniczyć w jednym z takich wydarzeń, które miało formę elitarnego przyjęcia. Było ono okazją do zawarcia kolejnych znajomości. Gośćmi honorowymi byli na przyjęciu, Rose Callahan i Nathaniel Adams – autorzy książki-albumu ‚I am Dandy – The Return of the Eelegant Gentleman’ oraz twórcy bloga The Dandy Portraits. Bardzo mili ludzie. W zestawie zdjęć poniżej jest zdjęcie, na którym żegnam się z Rose, opuszczającą Pitti, a Nathaniel stoi obok.

Event, o którym napisałem powyżej skłonił mnie do refleksji na temat etykiety kapeluszowej. Otóż na Pitti (i na imprezach towarzyszących) zupełnie nie przestrzega się tej etykiety. Np. etykieta nakazuje zdjęcie kapelusza we wnętrzach (nie będę wchodził w szczegóły dotyczące np. korytarzy lub wind). I oto spotkałem dwie osoby, które w czasie wieczornego przyjęcia miały na głowie kapelusze oraz jedną – w berecie. Oczywiście były to nakrycia głowy stanowiące uzupełnienie reszty stylizacji, ale to nie jest to żadne usprawiedliwienie! Po prostu na przyjęciu należało je zdjąć. Ja też przyszedłem tam w płaszczu i kapeluszu, ale zostawiłem je w szatni. Co ciekawe jedną z osób w kapeluszu był człowiek (skądinąd bardzo sympatyczny), który jest autorem, poczytnej w swoim kraju, książki o zasadach savoir-vivre. Powyżej napisałem, że sam wpadłem w pułapkę nieprzestrzegania kapeluszowej etykiety. Otóż wymaga ona m.in. zdjęcia (lub uchylenia) kapelusza, podczas podawania ręki. Ale gdy wszystko dzieje się szybko i co i rusz, wpada się na kogoś z kim trzeba się przywitać, czujność zawodzi. Ze skruchą przyznaję, że zdarzyło mi się podawać rękę z kapeluszem na głowie. I nie jest dla mnie usprawiedliwieniem, że osoba, z którą się witałem, też miała kapelusz na głowie. No trudno. Zdarzyła mi się nawet rzecz znacznie gorsza. Gdy nie byłem jeszcze przyzwyczajony do obyczaju całowania się na powitanie, pewien przemiły człowiek tak mnie zaskoczył, że wymieniałem pocałunki z kapeluszem na głowie. To było straszne wydarzenie i wstydzę się go niezmiernie. Na szczęście nie ma żadnej dokumentacji fotograficznej. Następnego dnia wykazałem się większą czujnością i w odpowiednim momencie zdjąłem kapelusz. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wymieniłem dwa pocałunki i na tym poprzestałem, ale zostałem przywołany do porządku słowami, które na polski można przełożyć mniej więcej tak: ‚No co ty? Muszą być trzy!’ Więc z pokorą uzupełniłem ten karygodny brak trzeciego pocałunku.

Wybierając się w tym roku na Pitti, zaplanowałem pewien happening. Postanowiłem mianowicie spopularyzować zwyczaj noszenia kwiatków w butonierkach. Zaopatrzyłem się z zapas kwiatków i postanowiłem obdarowywać nimi różnych ludzi. Było to nieco utrudnione, gdyż większość miała na sobie płaszcze, ale w wielu przypadkach się udało. Jeśli na podobny happening zdecyduję się na czerwcowej edycji – będzie to znacznie łatwiejsze – ze względu na brak płaszczy. A może w czerwcu wszyscy przyjdą już z własnymi kwiatkami? Na marginesie akcji wkładania kwiatków, podzielę się pewnym spostrzeżeniem. Otóż wobec niektórych osób nie mogłem jej zastosować z powodu… nierozciętej butonierki. Czyżby mieli na sobie marynarki kupione w jakiejś sieciówce? Ale niektórzy mieli nie tylko rozcięte butonierki, ale mieli jeszcze, po wewnętrznej stronie klapy, pętelki do stabilizacji łodyżki kwiatka. Jedną z takich osób był pewien niemłody pan – krawiec z Rzymu. Zaytałem go czy nosi czasem kwiatki w butonierce? Odpowiedział, że nie, ale pętelki wykonuje bo tak robił przez całe życie. A zaczynał w latach 60-tych ubiegłego wieku.

Raz zdarzyła mi się też sytuacja odwrotna: to ja zostałem obdarowany, przez sympatyczną parę z Korei, poszetką i wpinką do butonierki. Było to bardzo miłe. Koreańczycy promowali swoje wyroby: właśnie wpinki i poszetki. Kliknijcie, proszę, na ich stronę – będą mieli pozytywny efekt swojego działania, w postaci licznych wejść.

Na koniec przypomnę jeszcze, że autorką prezentowanych zdjęć jest Małgorzata Adamska, a nasz wyjazd do Florencji był możliwy dzięki firmie Adam Feliks Próchnik.

6 komentarzy

  1. spokojny 03/02/2016
    • Bardziej spokojny ;) 08/02/2016
  2. Mad 03/02/2016
  3. Krzysztof 03/02/2016
  4. Marcus L. Lucullus 05/02/2016
  5. Skafander 06/02/2016

Zostaw komentarz