Obrona polskiej ziemi

Jak wiadomo Polska jest obiektem ataków ‚obcych’, w tym szczególnie ‚obcego kapitału’. Ich celem jest, jak to obrazowo ujął poseł PiS i główny ideolog gospodarczy tej partii – Jerzy Żyżyński,: ‚wyeksploatowanie Polski do cna i zostawienie jałowej gleby’. W tej sytuacji jest oczywiste, że rząd powinien chronić Polskę przed obcym kapitałem, a już szczególnie powinien chronić ziemię. Obrona polskiej ziemi to najświętszy patriotyczny obowiązek. I właśnie uchwalona została nowelizacja ustawy o ochronie gruntów rolnych i leśnych, która skutecznie będzie chronić naszą świętą ziemię przed zakusami farmerów niemieckich, holenderskich czy jakichkolwiek innych, których przecież nie chcemy u nas widzieć. Ale, co ważne, nowelizacja będzie także chronić polską ziemię przed… polskimi rolnikami. To nie jest żart! Po 1 maja 2016 roku, polski rolnik nie będzie mógł ani kupić, ani sprzedać ziemi (poza pewnymi wyjątkami), zaś kupienie ziemi przez mieszczucha, (który wymyśli sobie, że kupi gospodarstwo, przeprowadzi się na wieś i zacznie uprawiać ziemię) będzie całkowicie wykluczone.

Ustawa, jak to ustawa: dziś obowiązuje, jutro można ją zmienić. Gdyby jednak założyć, że w takim kształcie obowiązywałaby przez kilkanaście lat – przyniosłaby całkowity upadek polskiego rolnictwa. Ciarki przechodzą po plecach gdy się pomyśli, że w tym samym czasie miałby następować stopniowy upadek całej gospodarki, a tak się niewątpliwie stanie, jeśli część pomysłów obecnej władzy zostanie zrealizowana. Bo gdyby zostały zrealizowane wszystkie pomysły – upadek nastąpiłby w tempie błyskawicznym. A wraz z nim zubożenie ogromnej części naszego społeczeństwa. Co zatem takiego strasznego wprowadza nowa ustawa?

Przede wszystkim likwiduje swobodny obrót ziemią. Rolnik nie może sprzedać swojej ziemi po prostu temu, kto zaoferuje za nią najwyższą cenę. Bowiem prawo pierwokupu mają jego sąsiedzi, a jeśli ci nie będą zainteresowani, to Agencja Własności Rolnej. Dopiero, jeśli AWR nie będzie zainteresowana, to można szukać nabywcy, ale tylko takiego, który mieszka co najmniej 5 lat w danej gminie i ma status rolnika. Osoba spoza gminy nie może ziemi kupić.  Nie może też ziemi kupić rolnik, który ma już co najmniej 300 ha. A nie może jej kupić dlatego, że zgodnie z polskim prawem… nie jest rolnikiem. A ziemię może kupić tylko rolnik, no i kółko się zamyka. Obrót ziemią jest podstawowym warunkiem rozwoju rolnictwa; jeśli zostaje zlikwidowany, lub choćby ograniczony, to po pierwsze konserwuje aktualną strukturę (która jest bardzo nieefektywna), po drugie powoduje spadek cen i po trzecie uniemożliwia przepływ ziemi od producentów mniej efektywnych do producentów bardziej efektywnych. Jednym słowem powoduje zastój w rolnictwie, z czasem jego upadek. Skutkiem ubocznym jest przywiązanie do ziemi osób starszych, które nie mają komu przekazać gospodarstwa, na którym nie są w stanie samodzielnie gospodarzyć, a nie mogą go sprzedać.

Ciekawa jest sprawa ze statusem, czy też zawodem, rolnika. Zawód ten właśnie stał się najbardziej zamkniętym zawodem w Polsce. Bo, żeby być rolnikiem trzeba mieć wykształcenie rolnicze (zawodowe, pomaturalne lub wyższe) i co najmniej 3-letni staż w rolnictwie. Ale staż w rolnictwie można zdobyć wtedy, gdy uprawia się ziemię (co ważne: osobiście – to też precyzuje ustawa). A żeby kupić tę ziemię pod uprawę, to trzeba mieć status rolnika i znów kółko się zamyka. Prawdopodobnie znajdą się sposoby na ominięcie tych przepisów, ale prawie na pewno będą się wiązać z korupcją. Władza AWR nad losem rolników jest tak duża, że niewątpliwie musi stać się to okazją do nadużyć. A może o to w tym wszystkim chodzi?

Wszystkie te nowe przepisy są po to, żeby uniemożliwić nabycie ziemi ‚obcym’. Wszyscy milcząco przyjmują za oczywiste, że nie można dopuścić, żeby polską ziemię uprawiali nie-Polacy. Według mnie jest to największe nieporozumienie i działanie na szkodę polskiego rolnictwa, a szerzej – na szkodę ogółu Polaków. Uważam bowiem, że byłoby bardzo korzystne, gdyby funkcjonowała w Polsce duża liczba gospodarstw prowadzonych przez rolników, którzy przenieśli się tutaj z krajów Europy Zachodniej. Tacy rolnicy przenosiliby na polski grunt doświadczenia i kulturę uprawy ziemi ze swoich krajów ojczystych. To byłby impuls do zmiany podejścia przez polskich rolników. Podpatrywaliby metody i rozwiązania stosowane przez swoich sąsiadów nie-Polaków i widząc ich skuteczność, zaczęliby je naśladować. Kiedyś miałem okazję dyskutować na ten temat z panem Adamem Tańskim – byłym ministrem rolnictwa i wieloletnim prezesem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Przyznał rację mojej tezie, że duża liczba zachodnioeuropejskich farmerów na polskich wsiach, przyczyniłaby się do szybszej modernizacji rodzimego rolnictwa. Zastrzegł jednak, że musimy się przed tym bronić ze względu na powszechne przekonanie, że ziemia to świętość, której żaden obcy nie może dotykać. Mam wątpliwości, czy to przekonanie jest takie powszechne. Poza tym ci straszni obcy, którzy przeprowadziliby się do Polski, byliby obcymi tylko w pierwszym pokoleniu. W drugim, a już bez wątpienia w trzecim pokoleniu, to byliby po prostu Polacy.

No ale skoro obecna władza broni polskiej ziemi przed rodowitymi Polakami, to nic dziwnego, że jeszcze bardziej broni jej przed tymi, którzy Polakami mieliby się stać dopiero w drugim, lub nawet trzecim, pokoleniu. Cytowane przeze mnie na wstępie, stwierdzenie pana Żyżyńskiego o pozostawieniu po sobie jałowej ziemi, nabiera zupełnie innego znaczenia.

Tags:,

6 komentarzy

  1. Mirek 05/04/2016
    • Jan Adamski 05/04/2016
  2. taxus 05/04/2016
  3. Mad 05/04/2016
  4. spokojny 06/04/2016
    • Jan Adamski 06/04/2016

Zostaw komentarz