Blog o klasycznej męskiej elegancji, modzie i stylu
Stylizacja na Galę Derby na Służewcu
Gala Derby na Torze Wyścigów Konnych Służewiec to jedno z najważniejszych – obok Wielkiej Warszawskiej – wydarzeń na służewieckim torze. Przyciąga znaczną liczbę widzów, którzy – w znacznej części – zakładają na tę okazję eleganckie stroje, obowiązkowo uzupełniane kapeluszami. Bardzo efektownymi i wymyślnymi w przypadku kobiet i raczej standardowymi w przypadku mężczyzn. Bo cóż może włożyć na głowę elegancko ubrany mężczyzna, w lipcowy dzień? Oczywistym wyborem jest panama, czyli kapelusz ręcznie wyplatany z włókien rośliny, która rośnie wyłącznie w Ekwadorze. Jednak jeśli dzień jest pochmurny i chłodny to można postawić na kapelusz filcowy/pilśniowy, mając do wyboru różne jego modele (np. trilby, pork-pie, fedora, homburg i wiele innych). Przypomnę tu, że Nikodem Dyzma ze słynnego serialu z roku 1980 w reżyserii Jana Rybkowskiego i Marka Nowickiego, miał na głowie homburg w kolorze jasnoszarym, w scenach rozgrywających się na służewieckim torze.

Przyjąłem założenie, że stylizacja na Galę Derby musi być efektowana i przyciągająca uwagę (Nikodem Dyzma miał na sobie szary garnitur w bardzo wyrazistą kratę we wspomnianych scenach), co dotyczy także kapelusza. Dlatego zrezygnowałem z dość u nas popularnej panamy na rzecz innego letniego kapelusza – niegdyś absolutnie dominującego, a dziś niemal zupełnie zapomnianego. Mam na myśli kanotier czyli kapelusz słomiany o dużym stopniu formalności, który tym się różni od panamy, że nie wypada go zakładać do stylizacji nazbyt każualowych: jest zarezerwowany do garniturów i eleganckich zestawów koordynowanych.
Mój kanotier marki Stetson (pisałem o nim m.in. we wpisie Moje nowe kapelusze) jest trochę nietypowy bo nie jest wykonany ze słomy pszenicznej lecz z jakiejś innej (niezidentyfikowanej przeze mnie) rośliny. Ale posiada za to cechę obowiązkową dla knotiera, a prawie niewystępującą w obecnych kapeluszach noszących tę nazwę w sklepach, mianowicie sztywne rondo. Warto tu zwrócić uwagę, że kanotier (największe triumfy święcił na początku XX wieku) był bardzo często kapeluszem używanym w tańcu, gdzie sztywność ronda była cechą kluczową bowiem umożliwiała uchylanie lub zdejmowanie kapelusza, wywijanie nim lub używanie w innych jeszcze układach choreograficznych. Zupełnie nie rozumiem dlaczego dziś uznano, że sztywne rondo to zbędny element. Cienkie, wiotkie rondo niewątpliwie czyni produkcję kapelusza tańszą, ale czy na tyle żeby warto było odchodzić od klasyki?
Drugim – obok kapelusza – elementem stylizacji, który miał przyciągnąć uwagę, była muszka w bardzo wyrazistej kolorystyce. Zresztą marynarka i spodnie też były w kolorach, które trudno uznać za standardowe dla eleganckiego zestawu koordynowanego. Marynarka w lekkim włoskim stylu, zasłynęła kiedyś tym, że zebrała ponad sto negatywnych komentarzy na Facebooku. Komentatorki (bo komentowały niemal wyłącznie panie) nie przebierały w słowach wytykając mi fatalne wszycie rękawów, z widocznymi zmarszczeniami, co ich zdaniem było efektem nieudolności krawca. Pod każdym takim komentarzem wklejałem obszerne wyjaśnienie co to jest styl włoski i jaką rolę odgrywa w nim spalla camicia napoletana (czyli neapolitańskie wszycie rękawów), skąd się wzięło i dlaczego wymaga od krawca wyjątkowego kunsztu. Jedna z interlokutorek skwitowała to stanowczym stwierdzeniem: żadna ideologia nie uzasadni spartaczonej roboty!
I po tym obszernym wyznaniu jak zamierzałem zabłysnąć wśród publiczności Gali Derby dodam jeszcze, że ostatecznie się na imprezę nie wybrałem 🙂 Nagłe obowiązki zatrzymały mnie w domu. Ale później uznałem, że szkoda by było nie pokazać tej mojej stylizacji i stąd pomysł na sesję zdjęciową, której efekty prezentuję poniżej. Jak zwykle zdjęcia są autorstwa Małgorzaty Adamskiej.














De gustibus non est disputandum. Mnie osobiście takie wszycie rękawa też się nie podoba. Wolę „toporny” brytyjski styl i na wyścigi założyłbym stroller, aczkolwiek doskonale wiem o co z tym rękawem chodzi.
Ale pomijając ten detal, nie mam się do czego przyczepić. Może jeszcze mocniej ściągnąłbym węzeł muszki. Dobrze dobrane kolory, wszystko ma ręce i nogi 👍
Dziękuję za pierwszy komentarz 🙂 W wakacje ruch na blogu osłabł, komentarzy jest mniej, tym bardziej cenię sobie każdą aktwność.
Fajna ta marynarka
Co do formalności kanoniera: lata temu widziałem zdjęcia z przyjęcia wydanego w jakimś ogrodzie chyba przez MSZ z okazji 3-go Maja. Jeden z zaproszonych był w pięknych, lnianych spodniach, koszulce „tielniaszce” (szerokie pasy) i do tego… kanotier na głowie. Bardzo mi ta stylizacja do gustu przypadła.
Zatem, być może, jest to formalny kapelusz jeśli chodzi o zasady, ale ich złamanie zaowocowało – moim skromnym zdaniem – bardzo dobrym efektem.
Opisanej przez Ciebie sytuacji nie nazwałbym złamaniem zasad. Takim złamaniem byłoby założenie fedory do żakietu, ale nie założenie kanotiera do stylizacji każualowej. Szerszy wywód na ten temat można znaleźć we wpisie: Zasady dreskodu – ruch jednokierunkowy.
Przeczytałem… Chyba zrozumiałem, jak sądzę…
Choć nie jestem pewien, czy ten „ruch jednokierunkowy” zawsze tak działa. Bo np lakierowane lotniki do tej stylizacji „ogrodowej” z kanotierem byłyby co najmniej śmieszne…
Zatem pozostaje jedno: zdrowy rozsądek i wyczucie smaku. A zasady – ok, niech sobie będą, ale raczej – IMHO – nie do literalnego, niewolniczego stosowania.
No, chyba że ślub, Luca i… cylinder. 🤓
Pozdrawiam,
M
Stylizacja naprawdę piękna i robiąca wrażenie. Ale czy na taką okazję najwłaściwszym ubraniem nie jest żakiet? Czy taki dress code tyczy się tylko i wyłącznie wyścigów Royal Ascot?
Nie można porównywać polskiej tradycji wyścigów konnych z brytyjską: to po pierwsze.
Po drugie żakiet na Royal Ascot obowiązuje nie tyle ze względu na same wyścigi, ile ze względu na rangę oraz obecność króla/królowej. Nota bene obowiązuje tylko w pewnej wydzielonej strefie, w innych – już nie. I po trzecie, na innych brytyjskich wyścigach żakiet już nie tylko nie obowiązuje, ale wręcz może być niestosowny. Np. we wpisie: Kapelusz panama. Najbardziej stylowe, letnie nakrycie głowy wspominałem o królu Edwardzie VII, który przybył na słynne wyścigi konne Glorious Goodwood w Sussex, w lnianym garniturze i kapeluszu panama na głowie. A był to rok 1906!
W spadku po PRL otrzymaliśmy m.in. wizję wyścigów konnych na Służewcu o charakterze zdecydowanie menelskim. Od wielu lat, kolejne władze Torów Wyścigów Konnych próbują to zmienić (trzeba dodać, że z sukcesami) na rzecz wydarzenia o charakterze trochę rodzinnym (place zabaw dla dzieci), a trochę elitarnym. Chylę czoła przed tymi wysiłkami i staram się je wspierać: m.in. bywałem jurorem w konkursach na najlepszą stylizację z kapeluszem, organizowanych przy okazji Gali Derby i Wielkiej Warszawskiej. Z satysfakcją obserwuję pozytywną ewolucję w kwestii ubiorów publiczności na wyścigach ale do poziomu średnio przyzwoitego jest jeszcze kawałek drogi. Poziom strojów formalnych (żakietów) wydaje mi się niemożliwy do osiągnięcia – zresztą nikt nie stawia takich celów.
Na Służewcu byłem raz. I to bez związku z wyścigami konnymi. Z uwagi na geografię w tym celu preferuję Wrocław i jako stały bywalec tego przybytku mogę stwierdzić, że współcześnie żakiet jest… niepraktyczny. Moim zdaniem w czasach, gdy wyjeżdżasz o 8 rano, by o 10 być we Wrocławiu i zdążyć jeszcze wypić kawę „na mieście”, a o 17 wracasz do domu, a jednocześnie nie chcesz wzbudzać nazbyt wielkiej sensacji (choć w dzień wyścigowy starówka jest pełna „dziwaków w kapeluszach”) stroller jest lepszym rozwiązaniem.
Aczkolwiek dyrektor Sawka dumnie przechadza się w żakiecie i cylindrze. (Raz się skusiłem na żakiet, ale wtedy nocowałem we Wrocławiu, więc było to logistycznie łatwiejsze wyzwanie.)
Co do mieszanki rodzinności i elitarnościa, na Partynicach też z jednej strony są stoiska z watą cukrową, popcornem i hot-dogami, a z drugiej znajdziesz strefę VEP (very elegant person), lokal z prosecco i stoisko modystki i kapelusznika (choć nie tego z Adamczychy).
Nie na Służewcu, to nie Ascot, chociaż niektórzy chcieliby aby tak było… Niestety na aspiracjach i biletach do strefy VIP po 700 zł się kończy.
Pan Kleks