Neutralnie dla budżetu

Niewiele jest określeń, które w ostatnich latach, zrobiłyby tak wielką karierę jak fraza: neutralnie dla budżetu. Jak powszechnie wiadomo, politycy bardzo lubią dwie rzeczy: zapowiadać obniżenie podatków (gdy są w opozycji) oraz podwyższać podatki (gdy są u władzy). Gdy obydwie te sprawy jakoś trzeba je ze sobą pogodzić, z pomocą przychodzi magiczne zaklęcie: neutralnie dla budżetu. Deklaruje się szumnie obniżkę podatków, z zastrzeżeniem, że ma ona być neutralna dla budżetu. Czyli tak naprawdę nie ma mowy o żadnej obniżce; neutralność dla budżetu oznacza, że wpływy z tytułu podatku się nie zmienią. Jednym się obniży, innym się podwyższy, ale ogłosi się zrealizowanie obietnicy wyborczej – obniżenia podatków. Gawiedź i tak nic z tego nie zrozumie, więc bez problemu łyknie kolejną dawkę propagandy. Tę metodę zastosował rząd PiS obniżając stawkę CIT dla małych firm, z 19% do 15%. Uchwalono ustawę, która obniżała stawkę oraz wprowadzała równolegle kilka podwyżek. W efekcie podatek został podwyższony, ale do gawiedzi poszedł komunikat: ‚obniżyliśmy podatek, zgodnie z przedwyborczą zapowiedzią’. Szerzej o tej obniżce przez podwyżkę, pisałem we wpisie: Dobra zmiana?

Obecnie sztandarowym projektem rządu jest realizacja pomysłu Platformy Obywatelskiej z kampanii wyborczej, czyli zastąpienie podatku dochodowego i składek na ZUS i NFZ, jednolitym podatkiem, łatwym do obliczenia i wpłacanym jednemu poborcy, zamiast kilku. Jednak projekt PO został zmodyfikowany; tam podatki miały zostać obniżone, łącznie o 10 mld złotych (o tyle mniej miało wpłynąć do budżetu po reformie), tutaj reforma ma być neutralna dla budżetu. Czyli obniżce realnego podatku płaconego przez najmniej zarabiających, będzie towarzyszyć podwyżka podatku płaconego przez osoby dużo zarabiające. Żeby nie było wątpliwości: osoby dużo zarabiające to według rządu te, których roczny dochód przekracza 120 tys. złotych.

Obniżka podatku dla najmniej zarabiających jest więcej niż dobrym posunięciem. Uważam, że jest skandalem i wstydem dla państwa polskiego, że osoby pobierające najniższe ustawowe wynagrodzenie, muszą płacić państwu haracz w wysokości 39,1% swoich dochodów (pisałem o tym szerzej we wpisie 2.359 zł). Tak wysokiego opodatkowania ludzi ubogich, nie ma w żadnym innym kraju na świecie. Czas najwyższy, żeby to się zmieniło. Obliczyłem, na podstawie wypowiedzi ministra Henryka Kowalczyka – odpowiedzialnego za wprowadzenie reformy, że realna stopa podatkowa dla najmniej zarabiających wyniesie około 13% (obliczenie dla płacy minimalnej 2.000 zł miesięcznie, kwoty wolnej 8.000 zł rocznie i najniższej stawki podatkowej 19,5%). Uważam, że 13% to i tak bardzo dużo dla najmniej zarabiających, ale znacząco mniej niż ma to miejsce obecnie.

Ale każdy kij ma dwa końce. A ponieważ reforma ma być neutralna dla budżetu, to obniżka podatku dla jednych, musi pociągnąć za sobą podwyżkę podatków dla innych. Szkopuł w tym, że liczba osób mało zarabiających jest duża, zaś liczba dobrze zarabiających – niewielka. Więc, biorąc pod uwagę efekt skali, nawet niewielka obniżka podatku osób mało zarabiających, spowoduje bardzo znaczną podwyżkę tego podatku dla osób dobrze zarabiających. Oczywiście los dobrze zarabiających nie wzrusza ani populistycznego rządu, ani tym bardziej – gawiedzi. Wręcz przeciwnie; gawiedź będzie zachwycona, jeśli rząd odbierze więcej pieniędzy ludziom pracowitym i zaradnym. Obawiam się jednak, że wspólna radość rządu i gawiedzi będzie krótkotrwała. Bo znacząca podwyżka podatku, zawsze i wszędzie pociąga za sobą spowolnienie gospodarcze. Zaś spowolnienie gospodarcze o 2 – 3 punkty procentowe, przy tak napiętym budżecie jaki mamy w Polsce, oznaczać będzie deficyt na poziomie przekraczającym 100 mld zł, czyli mówiąc krótko: katastrofę finansów publicznych.

Czy można uniknąć spowolnienia gospodarczego będącego skutkiem podwyższenia podatków dla ludzi najbardziej przedsiębiorczych? Można, jeśli równolegle wprowadzi się mądrą reformę podatku dochodowego dla firm (CIT). Od początku istnienia mojego bloga, staram się popularyzować ideę zastąpienie CIT w obecnej postaci – jednoprocentowym podatkiem liczonym od przychodów. Taki podatek, już nie to, że spełniałby ukochany warunek polityków – neutralności dla budżetu, ale wręcz przyniósłby większe przychody, niż obecny CIT. A przy okazji oznaczałby radykalne zmniejszenie haraczu płaconego przez firmy oraz uwolniłby je od całej księgowości podatkowej, kontroli, sporów z fiskusem i kosztów z nimi związanych. Każdy zauważy zapewne sprzeczność, czy wręcz nielogiczność powyższego wywodu. Bo jeśli do budżetu ma wpłynąć więcej pieniędzy, to znaczy, że podatnicy (osoby prawne rozliczające CIT) zapłacą więcej niż do tej pory. Otóż sprzeczność jest pozorna. W nowym systemie, teoretycznie większy niż dotychczas podatek zapłaciłyby te firmy, których rentowność brutto jest niższa niż 5,26%. Ale firmy te poczyniłyby ogromne oszczędności na kosztach księgowości i kosztach doradztwa podatkowego, wskutek czego ich rentowność znacząco by wzrosła. Dla firm osiągających rentowność powyżej 5,26%, nowy system oznaczałby po prostu obniżkę płaconego podatku, zaś oszczędności na kosztach księgowości i kosztach doradztwa podatkowego, byłyby dodatkową premią. Ale największa korzyść z wprowadzenia nowego systemu, tkwi gdzie indziej. Otóż wyeliminowałby on raz na zawsze problem optymalizacji podatkowej, czyli ucieczkę dużych międzynarodowych koncernów od opodatkowania, poprzez manipulowanie kosztami w różnych krajach i ostateczną realizację zysków w krajach o najniższej stopie podatkowej. Czy to oznacza, że duże międzynarodowe koncerny zapłaciłyby więcej niż do tej pory? W Polsce rzeczywiście zapłaciłyby więcej, bowiem obecnie nie płacą nic, a zapłaciłyby 1% od przychodów, a to oznacza dużo w liczbach bezwzględnych. Trzeba jednak pamiętać, że firmy te i tak płacą jakiś podatek w krajach gdzie realizują zyski. Więc płacenie 1-procentowego podatku w Polsce mogłoby okazać się dla nich korzystne i to w Polsce zaczęłyby realizować swoje zyski.

Gdyby rząd zdecydował się na taką reformę CIT, jaką nakreśliłem powyżej, natknąłby się na gwałtowny opór kasty urzędników skarbowych. Bo likwidacja CIT i zastąpienie go 1-procentowym podatkiem od przychodów, oznaczałoby tak radykalne uproszczenie systemu podatkowego, że 2/3 dotychczasowego aparatu, stałoby się zbędne. Dla rządu to byłby oczywiście duży plus, bo mógłby poczynić ogromne oszczędności budżetowe, ale czy jakikolwiek rząd byłby zdolny do starcia z kastą urzędników? Chodzą słuchy, że Jarosław Kaczyński już zaakceptował taki system i nakazał jego wprowadzenie. Warto dodać, że od 2017 roku zacznie on obowiązywać (na podstawie specustawy) przedsiębiorstwa przemysłu stoczniowego, więc jego pozytywne skutki będą widoczne jak na dłoni. Zatem nie tracę nadziei.

Jedna odpowiedź

  1. Zbigniew Nora Piasecki 11/10/2016

Zostaw komentarz