Collegium Musicum

W latach 70-tych ubiegłego wieku żyliśmy za prawdziwą żelazną kurtyną. Wiadomości, które do nas docierały były filtrowane przez oficjalną propagandę, a dostęp do towarów z zachodniego świata był bardzo ograniczony. Interesowałem już wtedy rockiem progresywnym, ale nie mogłem po prostu iść do sklepu i kupić płytę King Crimson, Ricka Wakemana, czy PFM. Takie płyty były w Polsce niemal niedostępne. Niemal, bowiem istniało coś takiego jak giełda płyt, gdzie można było nabyć płyty z tzw. prywatnego importu. Czyli po prostu przywożone przez ludzi, którzy mieli możliwość podróżować za granicę. Jednak płyty na giełdzie miały absurdalnie wysokie ceny (bo absurdalny był czarnorynkowy kurs złotówki). Więc trzeba było szukać jakichś innych możliwości.

Jedną z takich możliwości było nawiązanie kontaktu korespondencyjnego z rówieśnikiem z innego kraju spośród demoludów (to był skrót od oficjalnej formuły: kraje demokracji ludowej. Słowo: demoludy miało zabarwienie zdecydowanie pejoratywne i ironiczne) i wymiana płyt. W takich krajach jak Węgry czy Czechosłowacja były, od czasu do czasu, wydawane płyty zachodnich zespołów rockowych, a ponadto istniały tam ciekawe, rodzime formacje. Z kolei u nich dużym wzięciem cieszyły się nasze płyty Niemena, Breakoutów czy Skaldów. W taki właśnie sposób wszedłem w posiadanie pierwszej płyty słowackiego zespołu Collegium Musicum, wydanej w roku 1970. Pierwsze wrażenie nie było powalające; zdobiące okładkę kiczowate zdjęcie czterech typków o mało wysublimowanej urodzie, nie budziło zaufania. Ale negatywne wrażenie mijało natychmiast po pierwszych dźwiękach jakie popłynęły z płyty.

Było to dla mnie objawienie. Rock progresywny o dużym stopniu wyrafinowania, czerpiący garściami z muzyki poważnej i jazzu, z długimi utworami (tylko 3 na płycie), w głównej mierze instrumentalnymi i z udziałem orkiestry w jednym z nich. W dodatku lider zespołu: Marián Varga, obsługujący organy Hammonda, był bez wątpienia wirtuozem tego instrumentu. Wirtuozem był też gitarzysta basowy Fedor Frešo, na perkusji bardzo poprawnie grał Dušan Hájek. Jedynym słabym punktem był gitarzysta Rastislav Vacho, tym niemniej jego solówek w utworach If You Want to Fall i Strange Theme słucha się całkiem przyjemnie. Płyta jako całość była arcydziełem, a w dodatku w Polsce nikt tak nie grał – mój zachwyt był nieziemski; słuchałem jej nieustannie. Pewnie gdybym wówczas znał dokonania brytyjskiego zespołu The Nice, podchodziłbym do muzyki Collegium Musicum z większą rezerwą. Bo muszę stwierdzić, że inspiracja twórczością The Nice była wyraźna w dokonaniach Mariána Vargi i zespołu. Nie było to jednak kopiowanie – raczej twórcze rozwinięcie. W dwuczęściowym utworze Strange Theme, który jest swoistym magnum opus zespołu, czuje się brytyjskie inspiracje, ale fragment będący muzycznym kolażem w stylu psychodelicznym, z elementami awangardowej muzyki współczesnej, trzeba uznać za oryginalny. W późniejszym okresie zespół często sięgał do tej formy wyrazu, co w pewnym momencie zaprowadziło go w ślepą uliczkę. Ale to już późniejsza historia.

Po tak wybitnym debiucie jakim była płyta Collegium Musicum, zespół przeważnie przysiada w poszukiwaniu formuły i pomysłów do kolejnych płyt. Ale kolejna płyta Mariána Vargi i spółki – zatytułowana Konvergencie – była jeszcze lepsza niż pierwsza. Przede wszystkim był to album dwupłytowy, co już samo w sobie było niezwykłe. Po drugie na dwóch płytach pomieszczono zaledwie 4 utwory – po jednym na każdej stronie winyla. Takie stwierdzenie jest może nie do końca prawdziwe, bowiem utwór o tytule Piesne z kolovrátku jest zbiorem piosenek, ale zgrabnie połączonych w logiczną suitę. Po trzecie poziom poszczególnych kompozycji był niezwykle wysoki, aranżacje staranne i przemyślane, a wykonania wirtuozerskie. Nowy gitarzysta: František Griglák okazał się bardzo cennym nabytkiem, a jego solówki wniosły bardzo wiele do brzmienia grupy. Utwór z płyty, który najbardziej przypadł mi do gustu nosił tytuł Suita po tisic a jednej noci i podtytuł: swobodne opracowanie tematów z baletu Szeherezada Rimskiego-Korsakowa. I ten podtytuł wszystko wyjaśnia. Dodam tylko, że utwór (w całości instrumentalny) jest naprawdę porywający. Z kolei w utworze Eufonia grupa mocno odpłynęła w kierunku muzyki eksperymentalnej modnego wówczas awangardowego kompozytora Karlheinza Stockhausena.

W roku 1973 ukazała się płyta Collegium Musicum Live, przez wielu uważana za najwybitniejsze dzieło zespołu. Ja wprawdzie preferuję Kovergencie, ale to chyba głównie przez sentyment. Bowiem w roku 1973 byłem już pochłonięty innymi sprawami i słuchanie rocka progresywnego, chociaż nadal ważne, nie było już główną treścią mojego życia. Płyta Live nie była typowa w tym sensie, że nie zawierała przeglądu dotychczasowego dorobku zespołu w wersji na żywo, lecz zawierała całkowicie premierowy materiał. Materiał doskonały. Zespół wystąpił na płycie jako trio, po odejściu Františka Grigláka, który postanowił założyć własny zespół Fermata (skądinąd znakomity). Więc skojarzenia z triem Emerson, Lake and Palmer nasuwały się automatycznie. I wielu recenzentów zaczynało od tego swoje recenzje: oto kopia ELP. Nieprawda! Collegium Musicum był zespołem o własnym, charakterystycznym brzmieniu i stylu i płyta Live tylko to potwierdzała. Znakomita, w całości instrumentalna, z licznymi odniesieniami (i cytatami) do muzyki poważnej, niełatwa w odbiorze, ale wywołująca silne emocje. Pozytywne emocje.

I to już właściwie koniec. Marián Varga wpadł w uzależnienie od alkoholu i narkotyków i choć zbierał się niekiedy w sobie i nagrywał płyty, to nie były to już dzieła na miarę poprzednich, a niekiedy były to po prostu gnioty (np. płyta On a ona z 1979 roku). Ponadto trochę się zagubił muzycznie; jego wycieczki w kierunku awangardy i free jazzu uważam za nieudane. Marián Varga wyszedł w końcu z nałogu i pod koniec lat 90-tych reaktywował zespół, ale tylko po to, żeby dyskontować niegdysiejszą popularność, nic nowego już nie wniósł. Istnieje też strona internetowa zespołu.

W moich muzycznych fascynacjach Collegium Musicum odegrał niezwykle ważną rolę. Słuchałem ich płyt setki razy, ale na koncercie byłem tylko jeden raz – w roku 1997. Istniało wówczas Stowarzyszenie miłośników organów Hammonda, które zorganizowało zjazd uświetniony koncertem Allana Prica (głównej postaci zespołu The Animals – w latach 60-tych jednego z najpopularniejszych brytyjskich zespołów) i Collegium Musicum, które wystąpiło jako trio – bez gitarzysty. Niestety nie był to udany koncert, głównie za sprawą jakichś usterek technicznych, które spowodowały, że organy Hammonda źle brzmiały.

Koncert odbył się w kwietniu 1997 roku w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Wiąże się z nim jeszcze jedno moje wspomnienie, którym chciałbym się podzielić, chociaż nie ma ono związku z Collegium Musicum. Zapewne każdy, kto bywa na koncertach popowych i rockowych wie, że w chwili gdy rozbrzmiewają pierwsze takty jakiegoś wielkiego przeboju danego wykonawcy, ma miejsce wybuch aplauzu publiczności, przejawiający się okrzykami, oklaskami itp. Więc gdy usłyszałem charakterystyczny gitarowy riff będący wstępem do piosenki The House of the Rising Sun – jednego z największych przebojów lat 60-tych – zareagowałem odruchowo: zerwałem się z fotela z okrzykiem na ustach i zacząłem klaskać. Po czym usiadłem speszony, bo wokół mnie panowała kamienna cisza. Ten riff trwa około 8 sekund, po czym pojawia się wokal. Pierwsze słowa brzmią: There is a house in New Orleans. I w chwili, gdy po 8 sekundach wstępu (gdy ja siedziałem już speszony i zdziwiony, że nikt z publiczności nie zna Domu wschodzącego słońca) wokalista zaczął śpiewać – wybuchł niezwykły entuzjazm całej widowni. Publiczność rozpoznała największy przebój Animalsów – ale dopiero po słowach piosenki, a nie po pierwszych nutach gitarowego riffu. Zbiegiem okoliczności, w fotelu obok mnie siedziała znana wówczas piosenkarka – Krystyna Prońko. Ona także zorientowała się co gra zespół, z 8-sekundowym opóźnieniem. Czy to nie dziwne?

Na koniec wracam do Collegium Musicum i wklejam film z koncertu zespołu z 2009 roku. Wykonuje tam Suitę z tysiąca i jednej nocy, czyli mój ulubiony utwór. Warto obejrzeć i posłuchać tym bardziej, że grupa jest prawie w swoim najsłynniejszym składzie: Marián Varga na organach, Fedor Frešo na gitarze basowej i František Griglák na gitarze. Jedynie za zestawem perkusyjnym zasiadł nie Dušan Hájek, lecz znacznie młodszy Martin Valihora.

2 komentarze

  1. Kuman 04/08/2016
    • Jan Adamski 04/08/2016

Zostaw komentarz