Kansas – Dust in the Wind

Rock progresywny, który na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku właściwie zdominował europejską scenę rockową, nigdy nie zyskał wielkiego uznania za oceanem. Festiwal w Woodstock, który wykreował największe amerykańskie gwiazdy na kolejne lata, właściwie nie zawierał akcentów progresywnych. Jeśli oczywiście nie zaliczyć do nich propozycji zespołu Santana. Jednym z nielicznych wyjątków na amerykańskiej scenie rockowej, nawiązujących do rocka progresywnego, był zespół Kansas. Powstał w roku 1970, ale pierwszą płytę wydał dopiero w roku 1974. Zdefiniowany został na niej styl zespołu oparty na ciężkim bluesie wzbogaconym o elementy typowo progresywne: złożone, symfoniczne aranżacje połączone ze zmianami rytmu, rozbudowane kompozycje z przewagą fragmentów instrumentalnych, czy bogate brzmienie oparte na dwóch gitarach prowadzących, klawiszach i skrzypcach. To właśnie skrzypce odcisnęły największe piętno na stylu zespołu Kansas. Częściowo za sprawą specyficznego stylu gry Robby’ego Steinhardta, a częściowo za sprawą jego wyglądu.

Kansas odniósł niewątpliwy sukces komercyjny; jego najlepsza, czwarta w kolejności płyta –  Leftoverture – dotarła do piątego miejsca zestawienia Billboardu, zaś kolejna płyta – Point of Known Return – dotarła nawet do miejsca czwartego. Znalazł się na niej m.in. utwór Dust in the Wind, który chcę dziś przypomnieć. Nie jest to kompozycja typowa dla progrocka; to raczej piosenka – melodyjna i łatwo wpadająca w ucho – ale dzięki skrzypcowym solówkom w środku i na końcu, nabierająca progresywnego pazura. Przypominam ją w dwóch wykonaniach, które dzieli 30 lat. Bo trzeba wiedzieć, że zespół Kansas istnieje do dziś i nie tylko dyskontuje swoją popularność sprzed lat, ale tworzy nowe utwory i nagrywa płyty z premierowym materiałem.

Zespół Kansas odegrał ważną rolę w moim zafascynowaniu rockiem progresywnym w latach siedemdziesiątych. Miałem wówczas bzika na punkcie wykorzystania skrzypiec w rockowych składach. A tak się składało, że zespoły, które miały skrzypce w swoim składzie były dobrymi zespołami. Byłem bez opamiętania zakochany w innym amerykański zespole: The Flock, w którym na skrzypcach grał Jerry Goodman, fascynowała mnie muzyka włoskiej grupy PFM, ze skrzypkiem Mauro Paganim i oczywiście cała twórczość Caravan. Wprawdzie w Caravan chodziło nie o skrzypce, lecz o altówkę, ale to niemal to samo. Na altówce grał w Caravan Geoffrey Richardson. Czy dacie wiarę, że po latach (w roku 2005) miałem przyjemność gościć Geoffreya (i wszystkich pozostałych członków Caravan) w moim domu? Tak się czasami w życiu układa.

Zespół Caravan w pełnym składzie plus Małgosia i ja. Geoffrey Richardson (w okularach) siedzi obok mnie.

A teraz zapraszam do obejrzenia i wysłuchania Dust in the Wind.

4 komentarze

  1. Sławomir 28/11/2016
    • Jan Adamski 28/11/2016
  2. Nebelwerfer 28/11/2016
    • Jan Adamski 28/11/2016

Zostaw komentarz