Strategia gracza giełdowego

strategia

Przepis na sukces giełdowego inwestora jest prosty jak konstrukcja cepa: należy kupować akcje ‘w dołku’, a sprzedawać ‘na górce’. Na takim schemacie opiera się też strategia każdego gracza giełdowego, niestety życie wnosi trochę komplikacji do tego eleganckiego i prostego modelu. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy mamy do czynienia z górką, a kiedy z dołkiem. Więc niestety częstym przypadkiem jest sytuacja odwrotna, czyli kupowanie akcji ‘na górce’ (gdy panuje euforia) a sprzedawanie ‘w dołku’ (gdy panuje panika). Takie wpadki przytrafiają się nie tylko giełdowym amatorom i nowicjuszom, ale także wytrawnym graczom i dużym spółkom.

Np. ciągle żywa jest sprawa wielkiej inwestycji KGHM w kopalnię miedzi Sierra Gorda w Chile, której 55% akcji KGHM nabyła pośrednio, kupując 100% akcji kanadyjskiej spółki Quadra, za ponad 9 miliardów złotych. Miało to miejsce w roku 2012, w okolicach szczytu miedziowej hossy, czyli bez wątpienia ‘na górce’. Obecnie kopalnia ta jest wielkim kłopotem KGHM, przynoszącym straty zamiast zysków. W ubiegłym roku odnotowany został dołek miedziowej bessy, zaś KGHM rozważała i rozważa sposób wycofania się z tej inwestycji, czyli sprzedaży ze stratą. Jak będzie zobaczymy, zawsze można przecież czekać na nadejście kolejnej hossy i – gdy nadejdzie – sprzedać ‘na górce’. W międzyczasie trzeba jednak utopić sporo środków w pokrywanie bieżących strat, co może być bardziej kosztowne niż sprzedanie ‘w dołku’.

W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się o decyzji spółki PKN Orlen w sprawie ogłoszenia wezwania na akcje Unipetrolu – największej czeskiej spółki paliwowej – w której Orlen posiada obecnie blisko 63-procentowy udział. Dzięki temu wezwaniu nasz paliwowy gigant chce osiągnąć minimum 90% w akcjonariacie Unipetrolu, a docelowo kupić wszystkie akcje i wycofać spółkę z praskiej giełdy. W wezwaniu Orlen oferuje po 380 koron za każdą akcję Unipetrolu, tj. cenę zbliżoną do jej obecnego kursu giełdowego. Oznacza to, że dojście do poziomu 90 proc. akcji Unipetrolu będzie kosztowało 3,05 mld zł, a do 100 proc. 4,2 mld zł. Czy Orlen kupuje ‘na górce’? Tego oczywiście nie wiemy, bowiem o tym, czy obecnie mamy do czynienia z górką na akcjach Unipetrolu, będzie można stwierdzić najwcześniej po kilku miesiącach lub nawet latach. Ale jeśli spojrzymy na historyczne notowania tej spółki to zauważymy, że jeszcze trzy lata temu jedna jej akcja wyceniana była 129 koron. Rok 2017 rozpoczynała przy cenie 183 korony za akcję, natomiast ostatnie miesiące to gwałtowna hossa, która wywindowała Unipetrol do poziomu 370 koron. Wartość spółki w niecały rok wzrosła więc o 100%, a w trzy lata – niemal trzykrotnie. Więc chyba jednak górka. A jeśli tak, to strategia Orlenu wydaje się co najmniej dziwna. Być może jej wyjaśnienie tkwi w przeszłości sprzed 14 lat.

Z objęciem przez Orlen większościowego pakietu akcji Unipetrolu w roku 2003 wiąże się dość ciekawy epizod, który w ostatnich miesiącach zyskał nowy wymiar. Orlen kupił akcje wskutek wygrania przetargu ogłoszonego przez Fundusz Majątku Narodowego Republiki Czeskiej, czyli w ramach klasycznej prywatyzacji. Wcześniej zawarł umowę ze spółką Agrofert, należącą do najbogatszego Czecha – Andreja Babisza. W zamian za pomoc w procesie prywatyzacji Unipetrolu, Orlen miał odsprzedać Agrofertowi część chemiczną kupionej spółki. Ale z umowy się nie wywiązał, w związku z czym Agrofert wytoczył mu aż cztery procesy, z których (po latach) jeden wygrał (Orlen zapłacił karę umowną w wysokości 2,45 mld koron), a trzy przegrał. (O niedawnym rozstrzygnięciu czeskiego Sądu Najwyższego w jednej ze spraw, można przeczytać tutaj). W każdym razie Anrej Babisz uważa, że został przez Orlen oszukany. Nowy wymiar tego epizodu, o czym wspomniałem powyżej, polega zaś na tym, że dwa miesiące temu Andrej Babisz został… premierem Republiki Czeskiej. Łatwo się domyślić jaka będzie polityka czeskiego rządu wobec polskiego właściciela Unipetrolu. Czyżby więc obecne wezwanie Orlenu było jakimś politycznym dealem polegającym na kupieniu akcji ‘na górce’ po to, żeby je odsprzedać ‘w dołku’?

Na oko wydaje się to absurdalne, ale pamiętajmy o tym, że Orlen ma duże doświadczenie w marnotrawieniu pieniędzy na polityczne deale. Najsłynniejszy miał miejsce w roku 2006 i polegał na zrealizowaniu transakcji bezsensownej biznesowo, ale atrakcyjnej politycznie. To znaczy politycznie też ostatecznie okazała się bezsensowna, ale w owym czasie roiła się niektórym politykom jako pierwszy krok w odbudowie jagiellońskiej potęgi Polski. Chodzi o transakcję zakupu litewskiej rafinerii Możejki. Celem tej transakcji było wspólne – przez Polskę i Litwę – zrobienie na złość Rosjanom. Orlen wydał na ten cel 6,9 mld złotych (zdaniem specjalistów – znacznie przepłacił), ale trzeba przyznać, że Rosjanie byli rzeczywiście wściekli. Jednak okazało się, że dla Litwinów, zrobienie na złość nielubianym Rosjanom, było tylko pierwszym krokiem planu. Drugim krokiem było zrobienie na złość równie nielubianym Polakom. Co im się zresztą w pełni udało poprzez utrudnianie na wszelkie sposoby, funkcjonowania rafinerii w Możejkach. Wskutek tego rafineria generowała gigantyczne straty, które musiał pokrywać Orlen. Poszło na ten cel (plus na odbudowę po ‘przypadkowym’ wybuchu i pożarze, plus na niezbędne inwestycje) kilkanaście miliardów złotych – jak się wydaje – nie do odzyskania. Ostatecznie, w roku 2014, Orlen spisał inwestycję na straty.

Jak więc widać strategia gracza giełdowego, a szerzej – gospodarczego, może być bardzo różna w zależności od zapotrzebowania politycznego. Oczywiście dziać się tak może tylko wtedy, gdy na decyzje gospodarcze spółek wpływ mają politycy. Czyli wtedy, gdy spółki należą do rządu.

One Response

  1. Arti 20/12/2017

Dodaj komentarz